sobota, 11 listopada 2017

ROZDZIAŁ 22

"I to uczucie, gdy myślisz,  że już wszystko w porządku i nagle jest gorzej niż było."

~Summer~

   - Chcesz jeszcze tostów? - zapytał Louis, odwracając się do mnie z pełnym talerzem. Podniosłam wzrok znad tabletu, z którego czytałam poranne wiadomości i się uśmiechnęłam.
- Poproszę. - Posłałam mu rozpromieniony uśmiech. Podszedł do mnie, a następnie wyłożył przede mną 2 tosty. No chyba coś mu się pomyliło. - Tylko tyle? Głodna jestem, dawaj jeszcze. - Wyciągnęłam rękę  i ukradłam kilka grzanek, które trzymał. Westchnął, popatrzył na śniadanie i się zaśmiał. - Myślałeś, że nie zjem aż tyle?
- To co myślałem to jedno, a to co myślę to drugie. - Postawił resztę tostów na stole i usiadł obok. - No i ja też jestem trochę głodny. - Wyciągnął rękę po słoik z dżemem, wziął nóż  i posmarował swoją grzankę. Ugryzł kawałek i ponownie spojrzał na mnie. Przyglądał mi się dłuższą chwilę, nie przerywając jedzenia. Zmarszczyłam brwi, orientując się, że patrzy na mnie wyjątkowo długo.
- Co? Jestem brudna? - zapytałam, wskazując na swoją twarz.
- Nie. Dlaczego? Przecież ja nic nie mówiłem.
- No właśnie dlatego. Nic nie mówisz, tylko tak cały czas mi się przyglądasz. - Przestałam jeść i spojrzałam mu w oczy, a wtedy nasze spojrzenia się spotkały, postąpił tak jak ja w stosunku do jedzenia. Skrzyżował ramiona i delikatnie się uśmiechnął w moim kierunku. - No to powiesz co ci chodzi po głowie?
- A nie mogę poprzyglądać się własnej narzeczonej?
- Możesz, ale widzę, że o czymś myślisz. - Popatrzyłam na niego z pod rzęs.
- Inteligentny człowiek cały czas myśli. Przeciętny też. - Wzruszył ramionami. - Nie wiem o co ci może chodzić. - Udał, że nie wie o czym mówię.
- Och, Louis. Po prostu powiedz i już. Czy to tak trudno? - spytałam.
Westchnął, położył swoją dłoń na mojej, która leżała na stole i lekko ją ścisnął. - To powiesz? Coś się stało?
- Nic się nie stało, kochanie. Po prostu zamyśliłem się. Nic więcej.
- Nad czym tak głęboko myślałeś? - zagadnęłam z ciekawością, zagryzając dolną wargę. Ciekawość to ostatnio moje nowe drugie imię. Jak siedzę w domu, odkrywam swoje nowe cechy. Wady i zalety. Ostatnio czytam nawet słownik języka angielskiego i sprawdzam co oznaczają niektóre z cech, których jeszcze tak dobrze nie znam. Kompletnie mi odpieprzyło. Prawda, uczyłam się tego w szkole, ale były to nieliczne słówka. A teraz mam szansę poszerzyć choć  odrobinę tą wiedzę i stać się nieco mądrzejsza.
- Myślałem nad tym jak bardzo poszczęściło mi się w życiu.
- To znaczy? - Przechyliłam głowę w lewo i patrzyłam na niego z zainteresowaniem.
- To znaczy, że mam rodzinę o której niektórzy mogliby tylko pomarzyć. Moja mama jest jak mój Anioł Stróż, moje rodzeństwo jest jak grupka najlepszych przyjaciół, których nigdy nie stracę, a mój ojczym... w końcu wierzę, że będzie dla nas ktoś na resztę życia. I jesteś jeszcze ty. Narzeczona, jakiej pragnąłem od zawsze. Piękna, kochana, inteligentna... - Odgarnął kilka włosów z mojego czoła. Poczułam jak się rumienię od wymienianych przez niego komplementów. - Doskonale mnie rozumiesz i wspierasz, gdy tego potrzebuję. Znasz mnie jak nikt inny i zawsze stawiasz na swoim. Często się o mnie martwisz, czasem zbyt bardzo i to doprowadza mnie do szału. - Zaśmiał się, a ja wraz z nim. - Ale wiem, że robisz to, bo mnie kochasz. Tego chciałem i chcę, aby było już tak zawsze. Jesteś idealna pod każdym względem i nie chcę, by było inaczej niż jest teraz. Kocham cię, Summer - wyznał. Pochylił się nade mną, delikatnie mnie pocałował, jakby moje usta były czymś, co bardzo łatwo można zniszczyć, jak porcelana. Całował mnie z miłością i wdzięcznością, tak jak nigdy. Wiedziałam jakie uczucia i emocje mi tym przekazywał. Czułam to przez jego skórę. I z pewnością było to wspaniałe uczucie.
- Też cię kocham, Louis - szepnęłam tuż po przerwanym pocałunku.
- Wiem, inaczej na pewno już byś mnie zostawiła. - Zaśmiał się. - Mówiłem ci to już wiele razy, ale powtórzę kolejny. Jesteś najlepszym co mnie spotkało w życiu. - Wciąż trzymał moją dłoń w swojej.
- Ja tak twierdzę o tobie. Sprawiłeś, że wyrwałam się z piekła Nicol, znalazłam Nialla. Pokochałeś mnie naprawdę. Odmieniłeś moje życie.
- Mam nadzieję, że na lepsze. - Uśmiechnął się, przez co obok jego oczu powstały urocze, małe zmarszczki. Nie traktowałam tego jako wadę jego wyglądu, wręcz przeciwnie.
- Zdecydowanie. I wiesz co? Nie chcę psuć chwili, ale jestem naprawdę głodna - powiedziała cicho. Stwierdzam, że nie jestem normalna tak jak niektórzy myślą.
- Jedz skarbie. Jeszcze mi tu zemdlejesz i co ja zrobię? - Zaśmiał się.
- No właśnie. - Pokiwałam pionowo głową i zabrałam się za ostatnią grzankę. Louis jeszcze raz spojrzał na mnie i powrócił do śniadania.
 


   -  Dobra, sprzątnę i jadę do studia - oznajmił Louis, gdy oboje skończyliśmy jeść. Wstał od stołu i zaczął zbierać puste naczynia.
- Na ile? - zapytałam również wstając. Pora się troszeczkę rozprostować. Co aż tak łatwe nie jest. To już 7. miesiąc, za dwa tygodnie już 8. Końcówka ciąży, zaraz rodzę, a dzieciaki swoje ważą
- Niedługo. Wrócę po południu i zrobię jakiś obiad. Zgoda?
- Yhym - mruknęłam, upijając ostatni łyk soku. - To ja chyba pójdę na górę i wezmę prysznic.
- Okej. Jak będę jechał to ci powiem.
- Jasne. Kupisz po drodze jakąś czekoladę? - zapytałam przy wyjściu.
- Kupię, kupię. - Uśmiechnął się, mrugając do mnie.
- Dziękuję. - Zaśmiałam się i odeszłam w stronę schodów.
   Targały mną różne uczucia. Z jednej strony wiedziałam, że to będzie dobry dzień, ale z drugiej... Czułam, że może wydarzyć się coś złego. A może to po prostu były moje urojenia, które wytworzyły się przez hormony?  Tak, to na pewno tylko to. Inaczej coś byłoby ze mną nie tak. Ostatnio mam same złe przeczucia. Co ani trochę nie jest przyjemne. Przeciwnie. Zaczyna mnie to bardzo niepokoić i przez to w mojej głowie rodzą się same czarne scenariusze, mimo, że wcale tego nie chcę i bronię się jak tylko mogę. Robi się to też trochę uciążliwe.
   Znalazłam się w sypialni. Promienie słoneczne wypełniały ją całą, mimo że mieliśmy już początek listopada. Ale w Londynie często wszystko jest na odwrót. Świeci słońce, a tak naprawdę w tym momencie pada śnieg. Pogoda kompletnie odmienna niż w innych częściach świata. I to nie jest moje kolejne urojenie, bo to całkowita prawda.
Zdjęłam szlafrok i powiesiłam go na oparciu krzesła stojącego przy biurku. Zobaczyłam, że okno jest otwarte i nie wiem dlaczego, ale dopiero wtedy poczułam, że jest tu zimno jak w jakiś podziemiach. Co się tu stało do cholery? Przecież zanim zeszliśmy z Louisem na śniadanie, żadne z nas nie otwierało okna. Cały czas było zamknięte. I szczerze mówiąc, rzadko je otwieramy, gdy na dworze nie jest ciepło.
Serce podpowiadało mi, że to może właśnie my, przez przypadek je otworzyliśmy lub zamknięcie w jakiś sposób się zepsuło. Ale rozum mówił, że ktoś tu był. I nie wiedziałam czy mogłam w to uwierzyć. Czy w ogóle byłam w stanie? Przecież kilka miesięcy temu mieliśmy tu serię włamań. To mogło być możliwe. A co jeśli tym razem było tak samo? Albo podobnie? Mój umysł nie mógł przyjąć tego do wiadomości. Przychodziło mu to z wielką trudnością.
Dotknęłam pierścionka zwisającego z mojej szyi i westchnęłam. Zamknęłam oczy. To tylko moje urojenia. Uspokój się Summer. Wszystko jest w porządku.
Skierowałam się do łazienki, otworzyłam drzwi i zaświeciłam światło. Jedna rzecz od razu przykuła moją uwagę. No nic nie było i nie jest w porządku! Wiedziałam, że to nie jest żadna moja schiza!
- Louis!! - krzyknęłam najmocniej jak tylko mogłam. Mój głos w tym momencie odzwierciedlał to co czułam. Już od dłuższego czasu. Strach.
Na całej szerokości lustra, które znajdowało się tuż nad umywalkami, widniał, wykonany czerwoną szminką, duży napis: "TAK JAK W ROMEO I JULIA. NAJPIERW GINIE ON, POTEM ONA."
Czułam jak zaczyna mi się robić słabo. Do tego, to był mój kolor szminki. Leżała otwarta przy umywalce. Zrobiłam kilka kroków ku niej i wzięłam ją do ręki. Z mojego życia zaczynają się tworzyć ruiny...
Usiadłam na toalecie, a z moich oczu poleciało kilka łez. Miałam być w końcu szczęśliwa.
- Wołałaś mnie, Summ... O cholera... - Jego mina zrzedła, gdy popatrzył na lustro. "Miejsce zbrodni" - pomyślałam. - Tego tu wcześniej nie było, prawda? - Podszedł bliżej.
- Oczywiście, że nie - zaszlochałam.
- Ale... to jest twoja szminka? Nie mam przypadkiem racji?
- Moja... - szepnęłam, podnosząc głowę. Nasz wzrok się zetknął.
- Twoja? - Otworzył szeroko oczy. - Ale to nie ty to zrobiłaś, żeby ze mnie zażartować, prawda? - Przełknął ślinę.
- Zwariowałeś? Za kogo mnie uważasz? Louis, nie zrobiłam tego. Dlaczego miałabym to zrobić? - Zadawałam kolejno pytania. Wstałam i podeszłam do niego jeszcze bliżej. Moje dłonie się trzęsły. Trzymana przeze mnie szminka, spadła na podłogę, tocząc się pod szafkę.
- Spokojnie. O nic cię nie osądzam. Przepraszam, że mogłaś tak pomyśleć. Jestem... jestem w szoku. - Odetchnął, pokręcił głową i przeczesał palcami włosy. - Zobaczyłaś coś jeszcze podejrzanego?
- O-okno w sypialni było otwarte. - Potarłam ramię, patrząc tępo przed siebie.
- Czyli, że wkradli się nam przez okno?
- Na to wygląda. - Wzruszyłam przygnębiona ramionami.
- Ale to pierwsze piętro. Jak... jak to w ogóle jest możliwe?
- Nie wiem... Drabina, wspięli się. Ja naprawdę nie wiem, Louis.
- Domyślasz się kto to może być? - zapytał, a ja pokręciłam przecząco głową.
- Boję się. - Rozpłakałam się. - Nie czuję się już bezpiecznie. - Dławiłam się łzami. Nie minęło nawet kilka sekund, a Louis już skrył mnie w swoich ramionach.
- Przecież jestem tutaj, skarbie.
- Tak, jesteś, a mimo to weszli tu bez większego problemu. Nie pomógł ani alarm, ani to, że wszystko jest monitorowane. Przechytrzyli nasz system zabezpieczeń. Skoro znów tu weszli, zrobią to kolejny raz.
- Uspokój się.
- To zrób coś z tym! - krzyknęłam przez łzy, odrywając się od niego. - Boję się do cholery!
- Nie krzycz. Zacznijmy od tego. - Założył ręce na biodra.
- To zrób coś z tym - szepnęłam. Patrzyłam na niego, głęboko i ciężko oddychając. - Proszę. Możesz coś z tym zrobić?
- Dobra, koniec z tym. Koniec z jego pieprzoną  grą. Bawił się z nami zbyt długo. Nie pozwolę na to, żeby nasze życie tak wyglądało.
- Co chcesz zrobić?
- Dzwonię na policję. - Wyjął telefon z kieszeni dresów i wyszedł z łazienki. Poszłam za nim, nie czując się bezpiecznie nawet tu. - I wzmacniam ochronę dla tego domu. W tym momencie mam w dupie naszą prywatność. Teraz liczy się tu tylko wasze bezpieczeństwo.
- A co z tobą? Miałeś przecież jechać do studia.
- To oczywiste, że nigdzie nie jadę. Nie zostawię cię tu, nawet z ochroną. - Przyłożył telefon do ucha. Odwróciłam wzrok i usiadłam na łóżku, aby po chwili się na nie położyć. - Dzień dobry. Chciałbym zgłosić włamanie. - Doszedł mnie początek rozmowy, reszty nie byłam w stanie słuchać.
Zbyt bardzo bolało i zbyt bardzo się bałam. Byłam cała roztrzęsiona i obawiałam się tego, aby nie odbiło się to na dzieciach. Próbowałam się uspokoić, oddychać normalnie. Próbowałam nawet zasnąć, może to by coś pomogło. Jednak na marne. W końcu, gdy w miarę się uspokoiłam, mój telefon zadźwięczał i serce na nowo zaczęło mi szybko bić. Wiadomość. On wie. Wie, że Louis rozmawia z policją.
Trzęsącą się dłonią wzięłam telefon i go odblokowałam. Położyłam dłoń na brzuchu, nierówno oddychając.

"Kazał wam ktoś, kurwa, dzwonić na policję?! Nie wydaje mi się. Chcecie się tak bawić? Dobra! Zabawimy się po waszemu. Macie przechlapane. Nie wiecie nawet jak bardzo. Nie wiecie jak bardzo przybliżyliście się do swojej przegranej."


*//*//*

~Louis~

   Wszystko w tym mieszkaniu się psuje. Dlaczego nie kazałem zrobić przeglądu i wszystkiego sprawdzić? To jest pytanie dzisiejszego dnia. Nie dość, że wykiwali nas z tym systemem zabezpieczeń i monitoringiem, bo naprawdę tak jest, policja wszystko sprawdzała, to teraz siadło nam ogrzewanie w całym domu. Jest 2:00 w nocy, sypie śnieg tak jak wcześniej i całe zimno wkrada się do środka, co powoduje, że w domu jest nie więcej niż 15 stopni. Musimy się stąd wynieść zanim oboje zamarzniemy. Co prawda, mój plan działania jest nieco dziwny Zaczęło się od tego, że nie mogłem spać po tym co tu zaszło i najzwyklej w świecie po prostu czuwałem przy Summer, mimo że była tu ochrona. I robiłbym to dalej, ale zaczęło mi się robić zimno jakbym był na dworze i szybko się zorientowałem, że z ogrzewaniem jest coś nie halo. I tak było, i jest, a sam nie jestem w stanie tego naprawić. Wróciłem do sypialni i przykryłem Summer dodatkową kołdrą oraz kocem. Nie chciałem jej jeszcze budzić, ze względu na to, że potrzebuje dużo snu. Sam więc zająłem się pakowaniem kilku rzeczy dla nas. Plan był dalej już prosty. Mieliśmy pojechać do Nialla i reszty. Już tam nawet dzwoniłem i poinformowałem ich, że przyjedziemy. Wszystko zajęło mi niecałe 20 minut, pobiłem tym swój rekord, którego prawdę mówiąc nie miałem. W takich sytuacjach jak ta przydaje się refleks i szybkość.
Nie mam całkowitej pewności czy to samo się zepsuło, czy stalker maczał w  tym palce. Wracając do policji, przyjechali tu bardzo szybko. Nie znaleźli niczego na nagraniach, bo ten gnojek jakimś cudem wszystko usunął. Nie znaleźli też żadnych śladów, ale po tym co im opowiedzieliśmy o całej sytuacji, o wszystkich groźbach i szantażach, na dobre rozpoczęli śledztwo. I dlatego między innymi, wokół domu chodzi teraz 6 naszych ochroniarzy.
   - Kochanie, Summer... Budzimy się. - Podszedłem do szatynki i pogłaskałem ją po głowie, chcąc w ten sposób ją obudzić.
- Hmm...? - zamruczała cicho, a ja miałem ochotę się zaśmiać.
- Wstawaj powolutku.
- Która godzina? - spytała na wpół śpiąc.
- 2 w nocy - odpowiedziałem. Serce mnie boli za to, że muszę budzić ją o tej porze. Ale nie mam innego wyboru. Lepsze to niż nabawienie się zapalenie płuc czy też w ogóle zamarznięcia.
- Co? Zwariowałeś? - Otworzyła trochę oczy, spoglądając na mnie. - Dlaczego ja jestem tak przykryta? I dlaczego tu jest tak zimno?
- No właśnie - westchnąłem, zwiesiłem głowę.
- Co no właśnie? Czuję się jakbym była na dworze. - Usiadła na łóżku i mocniej opatuliła się kocem i tymi wszystkimi kołdrami.
- Wysiadło nam ogrzewanie.
- Co? - zapytała zachrypniętym głosem i zmarszczyła brwi. - W całym domu?
- W całym - potwierdziłem. - Raczej nie marzy mi się, żebyście tu zamarzli.
- Nie możesz napalić w kominku w salonie?
- Summer, dopiero ma przyjść kolejna dostawa drewna na opał. A nawet jeśli, to jeden mały kominek nie nagrzeje całego, tak wielkiego domu.
- Więc co zamierzasz?
- A co mogę? Nie mamy raczej większego wyboru. Jedziemy do twojego brata. Już tam dzwoniłem, zgodzili się. Ochrona jedzie z nami.
- Nie chcę im się narzucać - powiedziała cicho.
- Summer... spakowałem już nasze rzeczy, więc w tym momencie nie masz nic do gadania, tylko masz się ubierać. Wstawaj powoli, pomogę ci. - Wziąłem ją za rękę i pomogłem się podnieść.
- Niall już o wszystkim wie, prawda? - zaczęła ni stąd, ni zowąd temat.
- Wie - westchnąłem. - Tak było najlepiej. To twój brat, musiał wiedzieć co się dzieje. Sprawa zaszła już naprawdę za daleko. Sami nie poradzimy sobie z tym wszystkim.
- A reszta? Też wie? - zapytała cicho. Zamknąłem oczy, pokiwałem pionowo głową.
- Przepraszam, musiałem. To już nie jest zabawa. O ile kiedyś nią była.
- Nie przepraszaj. Dziękuję, że to ty im powiedziałeś. Ja nie dałabym rady - szepnęła. Po jej policzku spłynęła samotna łza. Podniosłem jej dłoń wyżej, na wysokość moich oczu i pocałowałem jej nadgarstek. Przyłożyłem swoje czoło do jej, przytulając się delikatnie.
- Wiem. Robię to co uważam, że jest dla ciebie dobre. Nigdy nie chciałem twojej krzywdy.

*//*//*

~Summer~

Zerwałam się ze snu, gwałtownie siadając, słysząc krzyki dochodzące z dołu. Jak dotychczas spało mi się dobrze w starym łóżku Louisa, tak teraz mam wrażenie, że noc przebiegła mi okropnie. Nawet pomimo tego wygodnego łóżka. Pokój Louisa, od samego początku, odkąd tu przyjechałam, był dla mnie pewną ostoją, zawsze się w nim dobrze czułam. 
Odwróciłam głowę na bok, zobaczyłam, że Louis także się obudził.
- Cholera, co tam się dzieje? - zmarszczył brwi w całkowitej niewiedzy.
- Nie wiem, ale czuję, że nic dobrego. - Przełknęłam ślinę i próbowałam nasłuchiwać. Krzyki ani trochę nie ustawały. Można było mieć nawet wrażenie, że się nasilały. Wszystkie głosy nakładały się na siebie i przez to nie potrafiłam rozróżnić żadnego z nich. - Może lepiej tam zejdźmy - zaproponowałam, odkrywając kołdrę
- Ty zostajesz. - Wskazał na mnie, wstając z łóżka.
- Nie ma mowy, idę z tobą. - Uparłam się na swoim i również szybko wstałam. Co było bardzo dziwne z jaką prędkością to zrobiłam, ze względu na mój duży brzuch i nawet nie wiem jak to się stało.
- Jesteś czasem taka trudna - westchnął i dał nacisk na ostatnie słowo.
- No bardzo się cieszę jakie masz o mnie zdanie.
- Chodź jak masz iść i już tyle nie gadaj. - Złapał mnie za rękę i wyszliśmy na korytarz.


W miarę szybko jak mogłam iść zeszliśmy po schodach i znaleźliśmy się w salonie. Każdy już tam był i każdy na każdego krzyczał, a my nie wiedzieliśmy co tak naprawdę się dzieje. Była nawet Nicol i to właśnie bardzo mnie zszokowało, bo to właśnie ona była główną bohaterką tego co tu się odbywało.
- Nie obchodzi mnie to! Chcę wiedzieć dlaczego! - krzyknęła kobieta, a mnie przeszedł dreszcz po usłyszeniu jej groźnego głosu.
- Chcesz wiedzieć co?! - odkrzyknął jej Niall, ściskając ze złości dłonie.
- Dlaczego...
- Co tu się dzieje?! - wykrzyknął Louis tak głośno jak mógł, by wszyscy go usłyszeli. Nie wiem nawet jakim cudem nikt nas tu nie zauważył. Może to przez ten chaos jaki tu panuje. - Może mi ktoś wyjaśnić co to za zamieszanie? - zapytał. W jednej chwili nastała cisza jak makiem zasiał.
- Summer... - odezwała się Nicol, przypatrując mi się szeroko otwartymi oczami. Wyglądała na zaskoczoną, co u niej było naprawdę rzadkim zjawiskiem.
- Co Summer? Co ja? - zaczęłam pytać. Hormony zaczęły mi buzować i to dawało mi niezłego kopa, aby stać się zaraz agresywną. - Co to za w ogóle krzyki? Ja kompletnie nie wiem co się dzieje.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym? - spytała.
- O czym? - westchnęłam na krawędzi załamania.
- O tym, że znów masz stalkera!
- Jak to znów? - wtrącił Louis, a ja już naprawdę nie miałam sił.
- Miałam kilku poprzednich kiedyś, ale to nie było tak poważne i niebezpieczne. To po prostu byli psychofani. Nie było większego zagrożenia - wyjaśniłam. To była całkowita prawda, nie miałam o czym kłamać.
- Rozmawiasz teraz ze mną młoda damo - wcięła się w zdanie kobieta, a ja czułam, że zaraz wybuchnę.
- Nie jesteś moją matką i nie masz prawa mi rozkazywać. Nie jestem twoją pieprzoną własnością!
-  To nie tłumaczy tego, dlaczego nic mi o tym nie powiedziałaś!
- Bo nie mogłam, rozumiesz?! Nie mogłam i nie chciałam! Grożono mi i Louisowi. Grożono, że kogoś z nas lub was zabiją albo skrzywdzą - powiedziałam cicho ostatnie zdanie. - Gdybyśmy cokolwiek wam powiedzieli, każdy byłby na ostrzale i wtedy nie byłoby już ratunku.
- W taki razie, dlaczego w ogóle o tym powiedzieliście? Wysyłacie nas na śmierć, tak? - parsknęła Nicol pod wpływem nerwów.
- Nie przesadzaj, na pewno mieli ku temu powód. Jesteśmy rodziną i powinniśmy się wzajemnie wspierać - wtrącił Niall, a ona popatrzyła na niego groźnie.
- Nie wysyłamy was na żadną śmierć, do cholery. Musieliśmy to zrobić, to była ostateczność. Miarka się przebrała. Skończyła się jego gra, zabawa, zaczęła się prawdziwa wojna. Już od dawna nie było bezpiecznie. Nie ma już innego wyjścia, to było jedyne. - Rozpłakałam się.
- A naprawdę, to ja jestem za to odpowiedzialny - dopowiedział Louis, a ja nie wierzyłam w to co mówi. Przecież to nie jego wina. Co on gada? - Zadzwoniłem po policję, wszystko wyjaśniłem, bo uważałem to za słuszne. I nadal tak twierdzę. Jedyne co robię to próbuję chronić moją rodzinę. Was także. Nie miejcie mi tego za złe.
- Louis, my cię za nic nie winimy. Chcemy tylko wiedzieć, dlaczego jednak wszystko powiedzieliście - wtrąciła Vanessa.
- Tak jak mówiłem... - przerwał niespodziewanie. Z zewnątrz dochodziły strzały pistoletu. Pod wpływem nerwów, strachu zaczęłam szybciej oddychać i podeszłam bliżej Louisa. To się nie dzieje naprawdę. Nie może. To tylko kolejny koszmar. Błagam, chcę już się obudzić. 
- Co się dzieje? - zapytałam roztrzęsionym głosem.
- Zostań tutaj. - Szatyn pocałował mnie w czoło i zaczął kierować się do drzwi wejściowych. Co on wyprawia?
- Ale Louis...
- Zostań - powtórzył, odwracając się do mnie. - Sprawdzę co się dzieje - powiedział, ale nie zdążył nawet dojść do drzwi, bo otworzyły się z wielkim hukiem, a do środka wszedł koszmar mojego życia.
- Lucas... - wyszeptałam. Serce zaczęło mi niemiłosiernie bić, poczułam jak robi mi się słabo. Byłam pewna, że wciąż jest w więzieniu. Myliłam się. Tak bardzo się myliłam.
- Witajcie, witajcie przyjaciele - powiedział głośno z tym swoim uśmieszkiem. - Summer... już wiesz kim jestem? - zapytał ze mściwym śmiechem, a ja przełknęłam  głęboko ślinę. Byłam pewna, że to nie on. Właśnie, byłam. Za wszelką cenę chciałam myśleć, że to nie on. Jak widać, robiłam źle, bo to był on od samego początku.
- To byłeś ty? - zapytałam łamliwym głosem. Nie wiem, dlaczego o to spytałam, skoro już znałam prawdę. I innej nie było.
- Ja... ale co? - spytał podchwytliwie, ze złośliwym uśmieszkiem.
- To ty nam groziłeś, to ty nas szantażowałeś. Już wiem. - Rozpłakałam się ponownie.
- Szybko łączysz fakty. Za naszego związku tak nie było. - Zagwizdał.
- Co ma do tego nasz związek? Dlaczego w ogóle mi to robisz? Dlaczego tak bardzo pragniesz mojej śmierci?
- Chcesz wiedzieć dlaczego, tak? - Zadał pytanie, a ja milczałam. Milczenie było jedynym potwierdzeniem, a sama osobiście nie byłam w stanie dużo mówić. - Mszczę się przede wszystkim za to, że wydaliście mnie policji, ale dobrze. Rzuciłaś mnie.
- Nie rzuciłam cię. To ty to zrobiłeś. - Próbowałam się bronić.
- Ale nie próbowałaś o mnie walczyć, gdy odszedłem. A tak naprawdę, to jedyne czego chciałem, gdy z tobą zrywałem. Chciałem byś cierpiała tak samo, gdy ja cierpiałem, kiedy byłaś w trasach i nie miałaś dla mnie czasu, gdy inni się za tobą oglądali. Myślisz, że nie widziałem tych wszystkich spojrzeń mężczyzn, które wodziły za tobą wzrokiem?
- Jakich mężczyzn? To w większości byli moi fani albo współpracownicy.
- Właśnie, w większości. A co z tą mniejszością?
- Co ty gadasz? Doskonale wiesz czym się zajmuję i wiedziałeś na co się piszesz, będąc ze mną.
- Przemycaniem narkotyków czy ich przejmowaniem? - zapytał przerywając, ale nie zwróciłam na to większej uwagi i mówiłam dalej.
- Skoro tak mnie kochałeś, to dlaczego mnie zostawiłeś? Nie rozumiem tego, nigdy nie podałeś mi prawdziwego powodu.
- Chciałem, byś jeden raz, chociaż ten jedyny, zawalczyła o mnie.
- I to o to chodziło? - zapytałam w całkowitym osłupieniu.
- Myślałaś, że jestem aż tak głupi, by zostawić taką sztukę jak ty? Proszę cię.
- Nie waż się tak o niej mówić. Ona nie jest rzeczą - odezwał się Louis.
- Ty! - powiedział ostro. Wyjął z kieszeni kurtki pistolet, którym prawdopodobnie postrzelił naszych ochroniarzy i wycelował nim, w Louisa, który stał kilka metrów dalej ode mnie. To jest chory koszmar. - Koleś, nie wtrącaj się. Inaczej zamiast zebrać się na waszym ślubie, zbierzemy się na pogrzebie.
- Lucas! - pisnęłam wystraszona.
- Tak, kochanie? - Uśmiechnął się niewinnie i podszedł do mnie.
- Nie mów tak do mnie. - Zagryzałam szczękę, by nie wybuchnąć.
- Tylko dlatego zaczęłaś piszczeć jak w łóżku? - Zaśmiał się, jednak ja to zignorowałam.
- Nie rób mu krzywdy. Proszę. On nie ma nic z tym wspólnego. To co było między nami, zachodziło między nami. Nie mieszaj go w to. - Próbowałam błagać, ale nie bardzo mi to wychodziło.
- Czyli jednak między nami coś było? - Zaśmiał się głośno.
- Nie mów tak.Oboje wiemy, że to było poważne jak na ten wiek.
- Może wiem, a może nie. Wiem, że nie walczyłaś o mnie, a chciałem tego.
- Skąd miałam o tym wiedzieć?
- Właśnie widzę, że nie wiedziałaś, albo nie chciałaś wiedzieć. Szybko pocieszyłaś się nim. - Wskazał na mojego narzeczonego.
- Poznałam go 2 lata później. Twoim zdaniem nigdy miałam nie być szczęśliwa?  - zapytałam zszokowana.
- I tak nie jesteś. - Wzruszył ramionami, a ja zamknęłam oczy i głęboko odetchnęłam. Boże, daj mi sił.
- Dlaczego nas stalkujesz? - szepnęłam.
- To jest dobre pytanie. Sądzę, że sama potrafisz sobie na nie odpowiedzieć. Może dlatego, że wciąż cię kocham i nie mogę znieść myśli, że teraz jesteś z nim. - Wskazał pistoletem Louisa, a mnie przeszedł dreszcz. - Powiedz, tak źle całowałem, byłem zły w łóżku, że nie chciałaś mnie odzyskać?
- Nie - odpowiedziałam cicho, próbując równo oddychać.
- W takim razie co?
- Sądzę, że nie musimy o ty rozmawiać. To przeszłość. Najwyraźniej coś było nie tak, skoro nie jesteśmy teraz razem.
- Kochasz mnie w ogóle tak jak ja ciebie? Odpowiedz. Szczerze. Kochasz mnie? - Postawił kolejne pytanie, a ja gubiłam się w odpowiedziach, by nie postawić błędu, którego jak widać, on niesamowicie pragnął.
- Nie - szepnęłam.
- Coś ty powiedziała?! - krzyknął i z powrotem wymierzył broń we mnie. Czyli jednak już nic mnie nie uratuje.
- Nie kocham cię - powtórzyłam nadzwyczajnie spokojnie.
- Powinnaś żałować tego co w tej chwili powiedziałaś. - Zaśmiał się nerwowo, ale nie bardzo mnie to ruszało.
- Nie kocham cię - powtórzyłam po raz kolejny pewna siebie.
- Dobra, skoro na ciebie nic nie podziałało to nie. Nie jesteś taka miękka jak kiedyś. Przekonamy się czy inni są. Nicol. - Popatrzył się na kobietę, a ta momentalnie się spięła. - To co? Tylko ja i ty wiemy co ukrywasz.
- Nie odważysz się - zagroziła z obawą.
- A chcesz się przekonać? - Wybuchł śmiechem. - No to moi drodzy...
- Nie powiesz tego. Nie możesz.
- Nie mogę? Nie? A czy aby na pewno? W sumie... jedyni zainteresowani to Vanessa i Jacob. - Wzruszył ramionami.
- O czym on gada? - odezwał się Jacob.
- Mamo?! - krzyknęła zaniepokojona blondynka.
- Nie słuchajcie go. To nie jest prawda.
- Oj Nicol, Nicol. Zapłaciłem za twój dom w Londynie, teraz to mi należy się zapłata. A więc, Vanessa, wiedziałaś, że masz brata?
- CO?! - krzyknęli naraz wszyscy. Przecież to jest jak thriller.
- Cisza! - wydarł się, a w pomieszczeniu zapanował spokój. W pewnym tego słowa znaczeniu. - Summer, to co? Wracasz do mnie czy raczej...
- Zwariowałeś? - przerwałam mu w połowie zdania. - Mam narzeczonego, wychodzę za mąż, niedługo rodzę. I taki jeden szczegół: ja ciebie już nie kocham. Czy ty jesteś normalny?
- Narzeczonego można się szybko pozbyć. I nikt też nie powiedział, że nie nadaję się do dzieci. - Mrugnął znacząco do mnie.
- Jesteś psychiczny. - Otworzyłam szeroko i oczy, i usta.
- Coś ty powiedziała? - Zbliżył się do mnie, dokładnie celując we mnie bronią. Dobry Boże, zlituj się nade mną, dopomóż mi. Jak nie Ty, już nie ma dla mnie ratunku.
- Słyszałeś - odpowiedziałam. Zaczął się niebezpiecznie wciąż zbliżać. Z każdym jego krokiem, Louis także się przysuwał, a ja oddychałam jak po przebiegnięciu jakiegoś maratonu.
- Wiesz co? Nie warto było to przedłużać do tej chwili. Dlaczego nie zrobić tego teraz? Idealny moment. Ty zniszczyłaś mi życie, teraz ja zniszczę tobie. Chociaż, dlaczego od razu nie pozbyć się niektórych? Może byłoby prościej, hmm? Może byś odpowiadała na to co mówię do ciebie, co?! - krzyknął, a ja aż podskoczyłam. - Nie miał cię kto nauczyć dobrego wychowania?! A przepraszam, no tak, tatuś i mamusia nie żyją. Uuu... jak przykro. Myślisz, że tylko ten gnojek wie wszystko z twojej przeszłości? Mylisz się
- Mówiłam, żebyś go tak nie nazywał.
- A ja mówiłem, żebyś mi odpowiadała, ale akurat robisz to chyba nie na ten temat! Masz jeszcze coś może do powiedzenia?
- Jesteś popieprzony - powiedziała. W tym momencie usłyszałam jak spuszcza spust pistoletu. Nie oddychałam normalnie, chwilami się dusiłam. Czy ja właśnie tak mam umrzeć? Boże, tylko niech śmierć nie będzie bolesna.
  Wszystko dzieje się zbyt szybko: Louis osłaniający mnie, strzał i jego ciało opadające u moich nóg.
- Nieee!!! - I mój krzyk, który nie mógł już pomóc...

___________________________
Nie bijcie, nie bijcie! To musiało się stać. Mogę tylko powiedzieć, że to nie jest jeszcze koniec. Nie wiem czy za 2 tygodnie pojawi się rozdział, bo mam próbne egzaminy gimnazjalne, ale postaram się coś dodać. Nic nie obiecuję, ale postaram się. Teraz idę na randkę z 5 przedmiotami, nauka cały weekend, ale może wam dobrze on minie.
Widzimy się niedługo!
/Perriele rebel.

sobota, 4 listopada 2017

INFO

Rozdział 22 dziś się nie pojawi. Bardzo mi przykro, bo naprawdę chciałam już go napisać tutaj, ale wyszło jak wyszło. Spowodowane jest to oczywiście ogromem nauki i brakiem jakiegokolwiek czasu. Mam nadzieję, że za tydzień uda mi się coś tam wstawić i mogę powiedzieć, że kolejny rozdział, przynajmniej moim zdaniem, będzie dość dobry.
Więc do następnej soboty!
/Perriele rebel

sobota, 21 października 2017

ROZDZIAŁ 21

"Lepiej płakać usłyszawszy prawdę, niż mieć uśmiech nakarmiony kłamstwami."


~Summer~

   - Vanessa, do cholery! Powiedz nam co się dzieje! Co ty ukrywasz?! - krzyknął pod wpływem emocji Niall.
- Mam pieprzonego raka - powiedziała cicho. Wszystko wokół mnie zaczęło wirować. Moja siostra... To nie jest prawda... To nie jest prawda!
- Co ty gadasz? - wyszeptał łamliwym głosem Niall.
- Chciałam wam powiedzieć wcześniej, ale się bałam. Nie chciałam was martwić i jeszcze tego zrzucać wam na głowę.
- Ale to i tak nie zmieniłoby tego co w tej chwili czujemy - odezwał się Liam. - Mogłaś nam powiedzieć...
- Wiem. Przepraszam. Po prostu się bałam - powiedziała ze łzami w oczach blondynka.
- Ale jeśli poukrywałabyś to jeszcze trochę, nic by się nie stało - prychnęła Nicol. - Nie jestem wam raczej do niczego potrzebna, więc już pójdę. Do widzenia. - Odgarnęła blond kłaki i udała się do wyjścia.
- Tak bardzo jej nienawidzę. - Vanessa się rozpłakała i usiadła na siedzeniu. Zaraz obok niej pojawił się blondyn.
- Louis? - Chwyciłam jego rękę, zamykając oczy.
- Słucham? - Odwrócił się w moją stronę.
- Mógłbyś podać mi wody? Kręci mi się w głowie.
- Oczywiście - powiedział cicho. Podszedł do stolika i wziął do ręki szklankę, którą zaraz podał mi.
- Już troszkę lepiej? - spytał, gdy się napiłam.
- Trochę tak - przyznałam. Zabrał ode mnie pustą szklankę, odstawił ją z powrotem i usiadł obok mnie, obejmując w pasie.
- Możesz nam powiedzieć trochę więcej, Vanessa? - zapytał Harry, przerywając ciszę i ciche szlochanie dziewczyny.
- Więc... mam raka nerki - powiedziała, wycierając łzy. Odetchnęła głęboko, próbując się trochę uspokoić.
- Nerki? - upewniał się Niall.
- Tak. Kiedy była z wami w tej trasie po całym świecie... w ostatnim miesiącu zaczął coraz częściej boleć mnie brzuch. Nigdy wcześniej nie bolał mnie w taki sposób, więc się zaniepokoiłam. Wróciłam do Londynu i poszłam do lekarza po radę, ale zamiast od razu mi ją dać, przypisać jakieś leki, zlecił tony badań. Zgłosiłam się do niego następnego dnia, postawił diagnozę. Jedna z nerek nie działa tak jak powinna, są przerzuty. Dał listę leków i kazał przyjść za 2 tygodnie. Wszystko zaczęło się pogarszać, było strasznie... Lekarz potwierdził raka. - Rozpłakała się na nowo. Mi również łzy ciekły już po policzkach, ale nie miałam siły, by je zetrzeć z twarzy.
- Ale przecież wcześniej wykrytego raka w tych czasach da się leczyć. - Usłyszałam łamiący głos Nialla. Sama nie byłam w stanie się odezwać.
- I tak sobie wmawiałam, ale już tak nie jest - odpowiedziała.
- A chemioterapia? Przecież coś pomaga.
- Odbyłam już chemioterapię i nie przyniosła żadnych rezultatów. Jedynym, choć teraz nieistotnym plusem, jest to, że nie wypadło mi dużo włosów, prawie nic.
- Ale chemioterapia to bardzo długi proces. Kiedy ty...
- W Stanach - przerwała Louisowi. - Okłamywałam was nawet w tej sprawie. Wcale nie poleciałam tam dla pracy. Przez cały ten czas leżałam w szpitalu na onkologii. Matka poleciała ze mną jako opiekun, ale i tak nic się nie poprawiło. Wszystko na marne.
- A co powiedzieli lekarze po jej zakończeniu? - odezwałam się, zadziwiając tym samą siebie.
- Powiedzieli, że chemioterapia to było jedyne wyjście. Jeśli ona nie pomogła to już nic nie pomoże.
- Masz to od ponad roku, więc kiedy ty... ile...
- Góra dwa lata - odpowiedziała, przewidując o co chcę ją zapytać. - Tyle mi zostało. Już raczej mi się nie polepszy, ale tak szybko nie pogorszy. Jeżeli komórki nowotworowe zaatakują kolejne narządy, wtedy zostanie mi najwyżej 3 miesiące. - Ostatnie słowa wyszeptała. Niall przytulił ją do siebie, gdy rozpłakała się jeszcze bardziej. Wszystko zaczęłam rozumieć i ani trochę mnie to nie cieszy.
- Czyli zostało mi z tobą 2 lata...? Tylko tyle? - zapytał w osłupieniu Niall. - Nie możesz mnie zostawić... Nie...
- Przykro mi Niall...
- Nie możesz umrzeć - odezwał się po raz pierwszy Jacob.
- Taka jest kolej rzeczy. Ktoś umiera, żeby ktoś inny mógł przyjść na świat - powiedziała blondynka przez płacz i popatrzyła na dłonie moje i Louisa ułożone na moim brzuchu. - Będziecie dobrymi rodzicami...
- Dlaczego ty? - Płakałam jak małe dziecko.
- Najwidoczniej Bóg chce mnie zabrać wcześniej do siebie. Pogodziłam się z myślą, że muszę umrzeć. Taki los mnie czekał, to miałam zapisane w gwiazdach.
- Miałaś być moja druhną  na ślubie...
- I będę, Summer. Mówiłaś, że zorganizujecie ślub kilka miesięcy po narodzinach dzieci. W przyszłym roku na pewno będę jeszcze żyć. To mogę ci obiecać.
- Nigdy nie myślałam, że będę musiała tak szybko się z tobą żegnać. - Połykałam wszystkie łzy, które ciekły.
- Nie płacz, proszę. Nie możesz się denerwować, a na pewno nie przeze mnie. Chcę, żebyście wszyscy o mnie pamiętali i czasem wspominali. Tylko tego chcę. Nie chcę, żebyście o mnie zapomnieli. Chcę, żebyście byli szczęśliwi, wiedząc, że w świecie, w którym będę, będzie mi dobrze. Tylko tego od was pragnę - mówiła, a z każdym jej słowem uświadamiałam sobie, że ja również mogę umrzeć, jeśli wszystko się pokomplikuje i jeśli nic nie pomoże. Chłopaki nie poradzą sobie sami z dziećmi... To będzie wielki cios dla naszych rodzin...

*//*//*

~Louis~

   Wszystkie emocje odrobinę opadły. Ale tylko odrobinę, bo wciąż są bardzo wysokie. Skończyliśmy grilla o wiele wcześniej niż planowaliśmy, każdy myślał o tym co powiedziała Vanessa. Chyba najbardziej przeżywa to Summer wraz z Niallem. Nikt nie miał ochoty na kontynuowanie tego wszystkiego, więc niedługo potem wszyscy wyszli, zostawiając mnie i Summer samych. Każdy z nas potrzebował uporządkować myśli na osobności, na spokojnie. Każdy z nas potrzebował przyjąć tą szokującą informację do siebie, nawet jeśli to jest zbyt trudne, by to zrobić. Każdy z nas musiał pogodzić się z myślą, że nasza bliska przyjaciółka w ciągu najbliższych 2 lat może umrzeć, a będzie tak, jeśli mówili tak lekarze. Nigdy nie podejrzewalibyśmy, że to jest ta tajemnica, którą tyle czasu przed nami skrywała. Nawet w najgorszych snach czy koszmarach.
Pojawił się smutek, strach, współczucie, rozpacz, poczucie niewiedzy i wszystkie inne emocje, które razem tworzyły jakąś wielką, niepojętą dla nikogo, burzę. Trudne jest do pojęcia, że ktoś bliski dla ciebie umrze wcześniej niż tego chciałbyś. Sprawiło to, że nawet ja i Summer, jako już roczne, prawie dwuletnie, narzeczeństwo, nie chcieliśmy przebywać w jednym pomieszczeniu. Ona potrzebowała wszystko dokładnie przemyśleć, a ja zająć czymś innym myśli. Ale oboje potrzebowaliśmy wyciszenia. Nawet nie podejrzewam, nie wyobrażam sobie jak może się czuć Vanessa w tej sytuacji. Na pewno jest to dla niej trudne, tak jak dla nas wszystkich. Bo to zdecydowanie łatwe nie jest.
Summer poszła do sypialni, a ja trafiłem do kuchni, by wszystko posprzątać. I prawdę mówiąc, to zajęcie trochę odgoniło ode mnie wszystkie negatywne myśli, które krążyły obok. Nawet nie myślałem, że to rzeczywiście może pomóc.
   Odłożyłem ostatni talerz do szafki, zgasiłem światło i wyszedłem z kuchni. Pogasiłem wszystkie światła również w innych pomieszczeniach na dole, a potem poszedłem na górę. Szybko znalazłem się w naszej sypialni, gdzie jedynym źródłem oświetlenia była mała lampka, stojąca na eranżetce obok łóżka, oświetlając tym samym moją dziewczynę, która w tym momencie była odwrócona do mnie tyłem. Wiem, że jeszcze nie spała, patrzyła w okno. Wiedziałem to. Cicho i powoli przeszedłem kilka kroków, stanąłem obok niej i spojrzałem na nią, dzięki czemu nasze spojrzenia się skrzyżowały. Usiadłem na brzegu łóżka, blisko jej nóg i wyciągnąłem do niej rękę, by odgarnąć kilka włosów z jej czoła i założyłem je za ucho. Tak jak zawsze. Lubię to. To impuls. Nie umiem w ogóle tego powstrzymać.
- Zejdziesz na dół? Zrobię nam coś na kolację. Hmm? - spytałem, próbując się uśmiechnąć i o dziwo, nawet trochę mi to wychodziło.
- Nie jestem głodna, przepraszam. Obiecuję, że jutro zjem duże śniadanie, ale dziś na prawdę nic nie zjem. - Zamknęła oczy pod wpływem mojego dotyku.
- Rozumiem, w porządku. Dużo dziś jadłaś, więc to powinno wystarczyć maluchom.
- Boli mnie głowa - powiedziała cicho.
- Za dużo emocji jak na jeden dzień. To był bardzo... - przerwałem, szukając odpowiednich słów - szokujący dzień. - Pogładziłem ją po włosach.
- Tak bardzo boję się o Vanessę. Nie chcę, żeby umierała.
- Ja także - westchnąłem.
- Powiedziała, że już się pogodziła z tą myślą. Louis, jak można pogodzić się z czymś takim? - spytała ze łzami w oczach.
- Nie możemy jej oceniać i zgadywać jej myśli. Nie wiemy jak ona czuje się w tej sytuacji.
- Dlaczego życie ją tak bardzo kara?
- Spójrz na to z innej strony. Rak często oznacza cierpienie. Jeśli odejdzie z tego świata, od nas, to jej cierpienia znikną. Może po prostu pisane jej było, aby wcześniej przejść do innego świata, tego lepszego, aby tam być szczęśliwą. Życie jej nie kara.
- Ale jeśli spojrzeć z innej strony to jednak kara.
- A nie lepiej jest się doszukiwać tych lepszych aspektów?
- Może.
- A ja myślę, że właśnie tak. Kiedyś znów się z nią spotkamy, wszyscy się spotkamy. Tam u góry. A teraz należy cieszyć się pozostałym czasem, bo szybko odchodzi. To co dobre, szybko mija. Nie chcę, żeby to tak szybko minęło, ale mam nadzieję, że ten czas z Vanessą i jej ostatnie chwile będą dla nas dobre i spędzimy je najlepiej jak się da.
- Uważam za niesprawiedliwe zabierać nam osoby, które kochamy.
- To niesprawiedliwe, tak. Ale Bóg też potrzebuje niektórych osób.
- Dlaczego Bóg zabiera tyle ważnych dla mnie ludzi?
- To jest bardzo trudne pytanie, wymagające głębszego zastanowienia.
- Głębiej się zastanawiając, straciłam najpierw mamę i tatę, potem straciłam kontakt z całą rodziną i zapewne mało kto z nich jeszcze żyje. Czasem myślałam, że Niall też może już nie żyć, ale szybko odpychałam od siebie te myśli. Dowiedziałam się, że moje dzieci mogą umrzeć, a ja wraz z nimi. A teraz... Vanessa...
- Nie myśl dziś już o tym. Nie denerwuj się, bo i tak wystarczająco bardzo się o ciebie martwię.
- Nie mogę o tym nie myśleć, bo nie potrafię. Zbyt mocno boli mnie głowa i mimowolnie o tym myślę, nawet jeśli nie chcę.
- Przynieść ci jakieś przeciwbólowe? - spytałem łagodnym głosem.
- Nie, nie chcę brać tak dużo leków. I tak już wiele ich biorę...
- To spróbuj zasnąć. Pomoże ci, a po dzisiejszym dniu potrzebujesz tego. Nie chcę, żeby coś wam się stało, Summer.
- Wszystko jest dobrze. Czuję to. Nerwy nie wpłynęły na nie. Tylko po dzisiejszym dniu, muszę wyłączyć umysł i zostawić to tak do chwili, aż w 100% odpocznie i wtedy dopiero zacznę nieco lepiej funkcjonować. Jak na razie najlepiej nie jest.
- W takim razie, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłaś?
- Musiałam z kimś porozmawiać, kto mógłby mnie podnieść na duchu.
- I ja byłem tą osobą? - spytałem z małym zaskoczeniem.
- Jesteś nią cały czas. Dziękuję ci, że w każdej chwili możemy pogadać o wszystkim, zawsze mnie wysłuchasz i zawsze pocieszysz.
- Po to tutaj jestem. Po to jestem dla ciebie.
- Nie zasnęłam jeszcze, bo nie miałam się do kogo przytulić. - Cichutko się zaśmiała, ale to mnie uszczęśliwiło. Nawet bardzo. Pierwszy raz od kilku godzin się zaśmiała. Zwykle śmieje się całymi dniami. No może nie zwykle, ale najczęściej.
- I to był ten główny powód, prawda? - spytałem z uśmiechem.
- Może. - Uśmiechnęła się niewinnie.
- Lubisz odpowiadać w taki sposób, żebym musiał się wszystkiego domyślać.
- Może. - Ponownie się zaśmiała.
- Oj, ty moja gwiazdko. - Pocałowałem ją w czoło.
- Więc przytulisz mnie do czasu, aż nie zasnę?
- Oczywiście. - Szeroko się uśmiechnąłem. Wstałem z łóżka, zdjąłem z siebie koszulę i spodnie, które rzuciłem na krzesło stojące przy biurku i położyłem się obok mojej narzeczonej, przytulając ją, tak jak jej obiecałem.
- Dobranoc skarbie - szepnąłem, całując ją w czubek głowy.
- Dobranoc, Louis - odpowiedziała również szeptem, z głową ułożoną na mojej klatce piersiowej. Za chwilę oboje zasnęliśmy, zmęczeni wszystkimi wrażeniami całego dnia.

*//*//*

~Summer~

   Gdy byłam jeszcze nastolatką i chodziłam do szkoły, nienawidziłam poranków. Myślę, że żadne dziecko nie lubiło wstawać tak wcześnie. A teraz? Teraz mogę to nawet pokochać. Oczywiście, wstaję rano nieczęsto, ale gdy tak już się dzieje to nie uważam tego za takie złe. Przede wszystkim nie muszę wszystkiego na szybko robić, tj.: makijażu, ubierania się czy nawet jedzenia śniadania w pośpiechu. Teraz jest inaczej, a na pewno odkąd zaczęła się moja przerwa od tak intensywnego życia. Wstaję kiedy chcę i tak naprawdę wtedy zaczyna się mój, tak zwany poranek. Nie muszę się spieszyć i mogę chodzić w piżamie nawet cały dzień. Jak widać, dużo plusów. Ale jest też jeden, taki duży, ogromny. Mianowicie chodzi o to, że zawsze Louis robi dla mnie pyszne śniadanie. Może to dla innych głupie, ale ja właśnie doceniam takie małe gesty. A skoro mowa o śniadaniu to może przydałoby się w końcu zejść na dół. Louis się obudził przede mną, często tak jest, ale nie zawsze, a ja po prostu jestem bardzo wielkim leniem. Nie ukrywam, że kocham się budzić, gdy jeszcze śpi, więc często specjalnie dla mnie, leży obok mnie, do czasu, gdy sama się  nie obudzę.
   Odkopałam się z kołdry, usiadłam i zaraz stanęłam na puszystym dywanie. Popatrzyłam w okno i dostrzegłam, że znów pada. W sumie, nie zaskakuje mnie to ani trochę. Pogoda zaskakuje mnie tylko wtedy, gdy nie pada już dłuższy czas. Wtedy to może być za bardzo podejrzane i już wtedy wie się, że szykuje się ogromna ulewa. Co w naszym mieście wlicza się w stopień normalności. A ten stopień nienormalności to właśnie całkowite słońce przez tydzień. Czyli kompletnie odmiennie niż w innych krajach w Europie. Dość często jest to uciążliwe, bo psuje wszystkie plany, np. na weekend.
   Moje nogi zawędrowały do kuchni, przy czym schody minęłam już dawno. Zastałam codzienny, w tym na razie rutynowy widok, czyli Louisa przy garach. Podeszłam do niego od tyłu, tak jak zwykle i założyłam ręce za jego szyję, przytulając się do pleców chłopaka. Kocham to robić i wiem, że on też kocha, gdy tak robię.
- Widzę, że mój misio już się obudził - odezwał się, a ja się zaśmiałam na to jak mnie nazwał. Nadal nie wiem dlaczego tak na mnie mówią. I chyba już się jednak nie dowiem, bo twierdzą tylko, że to słodko brzmi. - Dzień dobry. - Odwrócił się do mnie przodem.
- Dzień dobry. - Moje usta uformowały się w uśmiech, na których za chwilę spoczęły usta mojego narzeczonego. - Miłe powitanie - stwierdziłam po oderwaniu.
- Też tak uważam - przyznał. - Dobrze już się dziś czujesz?
- Wspaniale. - Usiadłam przy wyspie kuchennej, sięgając po truskawki.
- Skoro tak, to musisz dziś zjeść to ogromne śniadanie, które tak mi wczoraj obiecałaś. Pamiętasz?
- Pamiętam. A wiesz, że i bez tych obietnic i tak jestem głodna?
- Domyślam się. Co powiesz na twoje ulubione naleśniki z bitą śmietaną, czekoladą i truskawkami? Chociaż w sumie jesz je non stop to mogę zrobić coś innego, jeśli chcesz.
- Nie, ja chcę naleśniki.
- Wiedziałem, że nie zmienisz tego na nic innego.
- No... - krótko odpowiedziałam, zajadając się truskawkami. - Louis?
- Hmm?
- Pamiętasz jak zawsze, gdy padało tak jak dziś, pływaliśmy w basenie, bo nie wychodziliśmy na dwór?
- Pamiętam. Lubiłem to. Nadal lubię. Do czego zmierzasz?
- Nie robiliśmy tego od kilku tygodni i trochę mi tego brakuje.
- To czemu wcześniej mi tego nie powiedziałaś?
- Ale... Em, co masz na myśli?
- To, że skoro dobrze się dziś czujesz to przyda ci się odrobina takiej przyjemności. Nic nie powinno się stać.
- Mówisz na serio? - Otworzyłam szeroko oczy, nie wierząc w to co słyszę.
- Serio, serio. Poza tym to tylko woda, a ty pływasz doskonale, więc wydaje mi się, że możemy trochę popływać.
- Aaa! Kocham cię! - Zerwałam się z krzesła i podbiegłam do niego, mocno go przytulając. Sprawiło to, że zaczął się śmiać.
- Hej, spokojnie.
- Ja jestem bardzo spokojna.
- Właśnie widzę. Zanim zapomnę, przyszedł do ciebie jakiś list. Jest na parapecie. - Wskazał na okno, więc tam podeszłam.
- Od kogo? - Zaskoczyłam się.
- Nie wiem. Nikt się nie podpisał.
- Nie czytałeś tego?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo to list do ciebie, a ja nie chcę cię kontrolować. Ufam ci.
- Dobrze, że mi ufasz, ale ja nie mam przed tobą żadnych tajemnic, więc nawet gdybyś go otworzył, nie byłabym zła.
- No to się cieszę. - Zaśmiał się.
   Wzięłam kopertę zaadresowaną do mnie i rozerwałam ją z boku. Wyjęłam z niej kartkę złożoną na pół, którą od razu rozłożyłam, ale nawet w połowie nie była zapisana. Jednak były to słowa, przez które wszystkie myśli na nowo powróciły.

"Dziś list. Zaskoczona? Ja też nie myślałem o tym, by go zapisać. Myślę, że odmiana nikomu nie zaszkodzi. Trochę za wcześnie z kondolencjami, ale przyjmij je ode mnie. Później mogę zapomnieć to zrobić. Czy to nie jest wspaniałe, że robię to poprzez list? Tak oficjalnie... Pomyśl o tym, że uszanowałem twój wczorajszy dzień i odezwałem się dopiero dziś. Może nie jestem, aż tak złym człowiekiem? Nieee... Co ja gadam? Ty ze mnie zrobiłaś takiego potwora, nawet jeśli jeszcze się nie domyślasz kim jestem. Nawet nie wiem po co to piszę, bo już niedługo... Nie ważne. Na razie nie musisz wiedzieć. Chyba, że chcesz? Ale sądzę, że jednak nie. No, to co? Będziesz kiedyś za mną tęsknić?"

- Mogłeś to jednak przeczytać przede mną i nie dać mi tego w ogóle dotknąć - powiedziałam załamującym się głosem. 
Nawet w takich chwilach nie ma wolności od tego piekła.

sobota, 7 października 2017

ROZDZIAŁ 20


"Wolę się z tobą kłócić niż kochać kogoś innego... Na dobre i na złe, pamiętasz?

~Louis~

   Zapytać moją wybredną narzeczoną o to co będzie jadła to jest niezwykle trudne zadanie, bo prawie zawsze nie pasuje jej to co ja zaproponuję. No dobra, nie prawie zawsze, ale przynajmniej od początku jej ciąży. Często ma ochotę na to, czego aktualnie nie ma w naszej lodówce. Najczęściej prosiła mnie o truskawki, których jak można zgadnąć nie mieliśmy, więc w końcu trochę zaszalałem. Kupiłem skrzynkę tych czerwonych owoców i teraz zajmują całą półkę naszej lodówki. Lepiej, żeby jej się one nie przejadły, bo nie wiem co z nimi zrobię. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że jeśli nie ma ochoty na nic co mamy, każe mi zachrzaniać do sklepu, wcześniej dając mi ogromną listę tego, co mam jej kupić. Zawsze kończy się na tym, że wracam z pełnym bagażnikiem, a potem nie mam gdzie tego w domu upchnąć. Minusy tego, że je za trzy osoby. Kocham ich bardzo, całym swoim sercem, ale czasem to wszystko zaczyna mnie męczyć. Jedzenia muszę kupować dwa, a nawet trzy razy więcej. Często oddaje swoje porcje mojej dziewczynie, dlatego czasem jestem głodnym. Ale nie żałuję tego. Ani trochę. Nawet jakby to był mój ostatni kęs, oddałbym go jej, moim skarbom, aby same nie były głodne. Ważniejsze dla mnie jest ich dobro niż moje własne. Chcę być mężem i ojcem na jakiego zasługują. Chcę, żeby byli ze mnie dumni i nie wstydzili się mnie, tak jak Vanessa wstydzi się za swoją matkę. Nie chcę, aby się mnie bali. Chcę, aby traktowały mnie jak prawdziwego ojca, żeby wiedziały, że je kocham i zawsze stanę w ich obronie, gdy będzie dziać się im krzywda. Chcę, żeby mi ufały i odwzajemniały moją miłość do nich. Chcę, żeby wiedziały, że są ze mną jak i Summer bezpieczne, żeby wiedziały, że pomimo tej całej naszej rozpoznawalności są dla nas najważniejsze. Chcę, żeby wiedziały, że zawsze, bez względu na to jak będzie będą dla mnie na pierwszym miejscu. Nawet gdyby kiedyś, przez przypadek, gdzieś tam w trakcie, sprawy zbyt się pokomplikowały i stałoby się tak, że moglibyśmy stracić wszystkie pieniądze, co, jak mam nadzieję, tak się nie stanie. A nawet, smutno mi to przyznać i jestem zły na siebie, że jestem w stanie o tym myśleć, nawet gdyby Summer i ja... gdybyśmy już nie byli razem. Ale głęboko wierzę, że nawet za 20, 30 czy nawet 50 lat, będziemy tu razem, szczęśliwi, zakochani, jak na początku, tu w tym domu i wierzę, że nasze dzieci będą nam towarzyszyć w tej długiej drodze życia. Oby była długa...
   Wyjąłem biały kubek z szafki wiszącej przede mną i postawiłem go obok ekspresu do kawy, wcześniej go włączając. Summer mnie zabije. Od samego początku ciąży ma mdłości na zapach kawy, które dotąd nie ustały. Ale dla mnie trudno jest zacząć dzień i później funkcjonować, jeśli nie wypiję choć kubka. Więc jeżeli ona tu wejdzie zanim wypiję to już po mnie. Ona prawdopodobnie będzie się trochę źle czuła, gdy poczuje ten zapach, a ja będę żałował, że w ogóle sięgnąłem dziś po kawę. Czyli rutynowo od pół roku. Im szybciej wypiję ten czarny płyn, tym szybciej pozbędę się ciążących mi na sumieniu myśli, że wszelką winę ponoszę wyłącznie ja. No i w sumie to tak jest.
  Gdy świeża dawka kawy znalazła się już w małym dzbanku, przelałem całość do kubka, ze względu na to jak mało jej sobie zrobiłem. Zrobiłem jej mało, aby później niepotrzebnie nie stała na blacie przez cały dzień i nie denerwowała tym Summer. Ona zabije mnie jak nic.
Upiłem kilka łyków, czując mały przypływ energii, spowodowany spożyciem kofeiny. Podszedłem do wyspy kuchennej i oparłem się o nią swoim tyłkiem, patrząc w okno. To głupie, że dużo ludzi uważa, że ubezpieczyłem swoją dupę. Jeszcze głupsze, jeśli chodzi o tak dużą kwotę jaką jest 80 tys. funtów. Nie wiem po co miałbym to robić i nie wiem czy chciałbym wiedzieć. Uważam za kompletnie popierdolone, ubezpieczać pojedyncze części swojego ciała na takie sumy. Według mnie to całkowicie nie mądre i nawet nie próbuję szukać powodu, dla którego niektórzy ludzie to robią.
   Po kilku minutach kubek był już pusty, a ja jak na moje zawołanie poczułem dłonie oplatające moją szyję. Odwróciłem głowę i przywitałem uśmiechem szatynkę. Odwróciłem się bardziej, położyłem wolną rękę na jej plecach i czule pocałowałem, a ona, jak często rano, odsunęła się za chwilę ode mnie z niesmakiem na twarzy.
-  Znowu piłeś kawę. - Skrzywiła się spoglądając na kubek w mojej dłoni.
- Wiesz, że nie umiem bez niej żyć - westchnąłem, podchodząc do blatu. - Za szybko przyszłaś i nie zdążyłem się pozbyć tego zapachu.
- I smaku - dodała, siadając na stołku barowym. - Nie winę cię za to. Może tak ci się wydawać, ale tak nie jest. Naprawdę. Sama bym się napiła kawy, ale ciągle mnie od niej odpycha i nie wiem czy znam jeszcze jej smak. To takie wnerwiające. - Podrzuciła ręce.
- Wierzę ci, wiesz o tym. A ja i tak w końcu miałem przystopować z kawą, ale jak widać mi to nie wychodzi - powiedziałem wstawiając kubek i dzbanek do zmywarki.
- Tak, w sumie to tak, Louis. Miałeś zwolnić.
- Miałem. Na razie nieważne. Co będziesz jeść? - spytałem, wyczekując niezwykle wielkiego zamówienia jak na śniadanie. Tak jak codziennie.
- A co proponujesz? - również zapytała. I się zaczyna. Mogę już się ubierać i jechać na zakupy do Tesco z tą jej listą.
- Dobra, Summer, ja wiem, że to taka twoja gra, więc mów co będziesz jeść.
- Jaka gra? - Zmarszczyła brwi. - Normalnie się pytam co mi proponujesz.
- A potem wyślesz mnie do Tesco.
- O Boże, o to ci chodzi. Przepraszam, że tak cię ganiam po zakupy. Tym razem zjem to co jest w lodówce. Dobrze?
- Ty mówisz serio? - spytałem podejrzliwie, podchodząc bliżej niej.
- Tak. Mów co jest w lodówce, bo jestem głodna.
- Mamy nowość. - Otworzyłem szeroko oczy. - Mogę zrobić naleśniki, gofry, tosty, kanapki, jajecznicę, omlety. To co chcesz? Chyba, że wymyślisz coś innego to mów - powiedziałem zaglądając do lodówki.
- To możesz zrobić naleśniki.
- Naleśniki. Już moja głowa przyjęła to do wiadomości, więc nie możesz zmienić już zdania. - Wziąłem do ręki mleko, a ona się zaśmiała.
- Czasem jesteś wredny.
- I właśnie dlatego mnie kochasz. Ej. - Zamknąłem z rozmachem drzwi lodówki, gdy do głowy przyszedł mi pomysł. Summer aż podskoczyła. - Sorry, to nie było specjalnie. Zmieniając temat; tak sobie pomyślałem, że skoro masz teraz taki stosunek do jedzenia...
- Taki stosunek do jedzenia, co? Co masz na myśli? - spytała z rozzłoszczoną miną.
- Nie przerywaj mi. - Machnąłem ręką. - Tak tylko powiedziałem. Pomyślałem, że moglibyśmy zrobić grilla. Dziś, u nas w ogrodzie.
- Moglibyśmy. Ale tylko jeśli zaprosisz wiesz kogo. Bez nich będzie nudno, a tak urządzimy sobie spokojniejszą wersję imprezki.
- Oczywiście. Twój brat z Vanessą i reszta towarzystwa.
- Tylko jak będziesz dzwonił to powiedz, żeby zrobili zakupy.
- Summer - jęknąłem. - Wiedziałem, że prędzej czy później kogoś o to poprosisz. Co niby mają kupić? - spytałem przecierając twarz.
- Mam bardzo długą listę...
- Wiem, dlatego jednak to ty będziesz z nimi gadać.
- No przecież robimy grilla.
- No robimy. Ja przecież nic takiego nie mówiłem kochanie. A poczekaj. Skoro temat zszedł na chłopaków.
- To?
- Wszystko z tobą w porządku? Wczoraj graliśmy trochę głośniej niż zwykle w salonie. Nie bolą cię uszy czy coś? Nic ci nie zakłóca?
- Nie. Jest wszystko dobrze. Leki naprawdę działają, tak jak i całe leczenie. Od kilku tygodni nie miałam ataku. To jest dla mnie taki mały sukces.
- Cieszę się. - Uśmiechnąłem się. - A ogólnie, dobrze się czujesz?
- O Jezu... Louis, tak. Znów zaczynasz z tą swoją nadopiekuńczością.
- To nie jest nadopiekuńczość. Martwię się, to tyle. I kocham cię.
- Jak mnie kochasz to zrobisz mi w końcu jeść i nie będziesz mnie głodził, jakbym zrobiła ci nie wiadomo co.
- Przestań z tym, że cię głodzę. Nie głodzę cię, jesz ile chcesz.
- Ale nie zawsze to co chcę - zaznaczyła.
- Bądź już cicho albo zrobię post w domu.
- Szantażysta. Uśmiercisz własne dzieci. Chcesz tego?
- O matko, zamknij się już. - Zaśmiałem się. - Ile jeszcze będziesz gadać?
- Dotąd, aż nie zrobisz mi śniadania.

*//*//*

~Summer~

   - I jak zwykle wszyscy wylądowaliśmy u mojej siostry. - Usłyszałam głos mojego brata i gdy się odwróciłam, już stał na tarasie obok mojego leżaka.
- Już jesteście? Szybko. - Podniosłam się do pozycji siedzącej, a on się nade mną pochylił i mnie przytulił. - Hej braciszku.
- Cześć miśku. - Zaśmiał się.
- Dawno nie widziałam cię w zerówkach. - Wskazałam na jego okulary.
- To już nie zerówki. - Włożył dłonie do kieszeni swoich jeansów.
- Jak to?
- Byłem w tym tygodniu u okulisty. Genetyczna wada wrodzona.
- Genetyczna? Czyli, że co? Że ja to też mogę mieć?
- Możliwe. Nie wiem czy pamiętasz, tata nosił okulary, więc możemy mieć to po nim.
- Rzeczywiście czasem nie widzę tak dobrze, ale jak dotąd nie zwracałam na to większej uwagi. Zawsze brałam to za sygnał, że jestem zmęczona, albo tak jak było na początku, tylko złe samopoczucie.
- Też zrzucałem to na zmęczenie, dopóki w poniedziałek nie obudziłem się i właściwie nie widziałem nic. Wszystko było rozmazane. Vanessa zawiozła mnie jakoś do okulisty.
- Czyli czeka mnie wizyta u kolejnego lekarza - westchnęłam. - A jak tam Vanessa? Jak było w Irlandii? - spytałam, a on usiadł na siedzeniu obok, patrząc na mnie w wielkim zamyśleniu.
- Mieliśmy być tydzień, byliśmy 4 dni. - Popatrzył z irytacją w niebo.
- Co się stało, że wróciliście wcześniej? - zapytałam, opierając się wygodnej o oparcie. Mam już dość tego ciągłego leżenia. Ale dam radę. Dla dzieci. Muszę to wytrzymać.
- Nicol się stała.
- O Boże - jęknęłam. - Nie musisz nic więcej mówić. Wszystko wiem, a przynajmniej się domyślam. To jakaś paranoja - prychnęłam.
- Paranoja? - Zaśmiał się nerwowo. - Ty nie wiesz co mówisz. Ona kontroluje jej całe życie. Musi wszystko wiedzieć. Dowiedziała się, że jesteśmy w innym kraju i wściekła się. Kazała wracać, bo Jacob ma wywiady.
- Nie rozumiem, dlaczego za każdym razem ją ściąga do domu albo dzwoni po nią, gdy tylko Jacob ma jakieś spotkanie.
- Nie jest pełnoletni, musi być pod opieką osoby dorosłej, gdy gdzieś idzie. Tylko Vanessa w tej roli przypomina bardziej jego menadżera.
- Równocześnie dobrze Nicol mogła sama zabrać go na te wywiady. To ona jest przecież jego agentką, więc to do niej należy ta rola - mówiłam z jadem w głosie. - Nigdy nie da Vanessie chwili wytchnienia. Należy jej się odrobina odpoczynku.
- Doskonale o tym wiem. Moim zdaniem to szantaż.
- Co? - Zmarszczyłam brwi. - Co masz na myśli?
- Vanessa coś przed nami ukrywa. Wiem to, czuję to. A Nicol wie co i ją szantażuje, że nam powie.
- Twierdzisz, że Vanessa nie chce nam tego powiedzieć?
- To tylko moja teoria, ale może tak być.
- A nawet jeśli, to dlaczego nie mogłaby nam o tym powiedzieć?
- Może boi się tego co powinniśmy od niej usłyszeć. - Wzruszył ramionami. - Wiem tylko, że ona cierpi. To na pewno. I to bardzo.
- Trzeba coś zrobić, Niall. Trzeba uwolnić ją od Nicol. Tak jak ty uratowałeś mnie od niej. - Wskazałam na siebie z poważną miną.
- Z tobą było inaczej, chodziło o menadżera. To jej matka. Nie... cicho idzie tu - szepnął blondyn, prostując się na siedzieniu.
- Ooo! Szwagierko, gdzie jesteś? - usłyszałam głos blondynki, dochodzący z wnętrza domu.
- O nie - jęknęłam, zamykając oczy. - Powiedz mi, że ona nie nazwała mnie szwagierką. To okropne określenie. - Pokręciłam głową.
- O tak, tak cię nazwała. I wcale takie okropne nie jest. - Roześmiał się blondyn.
- Cicho siedź - syknęłam.
- O tu jesteś. - Usłyszałam ucieszony głos Vanessy.
- Taaak. - Odwróciłam głowę w jej kierunku. - Hej blondi. - Wyciągnęłam ramię, by ją przytulić.
- Cześć, cześć. - Pocałowała mnie w policzek. - Widziałam takie fajne buty na wystawie w sklepie, od razu pomyślałam o tobie. Nie mogłam przejść obok nich i ci ich nie kupić. - Wręczyła mi tekturowe, turkusowe pudełko.
- Emm, dzięki. Ale wiesz, że ja teraz prawie w ogóle nie chodzę, no nie?
- No to założysz je jak już urodzisz. - Uśmiechnęła się uroczo.
- O nie, zwariowałaś już do reszty - powiedziałam, obracając w dłoni czerwoną szpilkę. - Kobieto, przecież ja je założę dopiero za rok.
- Dlaczego dopiero za rok?
- Właśnie? - Dołączył się do pytania Niall.
- Ludzie, ja urodzę zimą i raczej nie będę chodzić w takich butach, kiedy jest zimno. - Włożyłam obuwie z powrotem do pudła.
- W Londynie nigdy nie jest bardzo gorąco. - Trzymał przy swoim blondyn.
- Ale nie 10 stopni na minusie! - krzyknęłam poirytowana. - Vanessa, naprawdę ci dziękuję za te buty, są piękne, ale na razie do niczego raczej mi się nie rzydadzą.
- Czego się drzesz? - Doszedł mnie kolejny głos. Harry.
- Bo... - Wciągnęłam głęboko powietrze, chcąc wszystko wyjaśnić, ale się powstrzymałam. - Nie ważne. Cześć Harry.
- No cześć - powiedział, patrząc na nas wszystkich nieco podejrzliwie.
- Możesz zatrzymać te buty, to prezent. - Uśmiechnęła się Vanessa, a ja to odwdzięczyłam.
- Skoro przyszliście do nas w gości, ja nic nie mogę robić, to szykujesz dziś grilla z Louisem, Harry.
- Że co proszę?
- Myślałam, że Louis ci mówił.
- Nie, nie mówił. Dlaczego ja muszę zawsze dla was gotować?
- Bo ty to robisz najlepiej - odpowiedział mu Niall.
- O tak. - Vanessa wskazała go palcem, mrugając do niego.
- Ale zakupy ja też musiałem zrobić.
- I? Słuchaj, chciałeś przyjechać? Chciałeś. Proste jak drut. - Uśmiechnęłam się, chcąc go trochę po wkurzać, tak jak zwykle. Zawsze się tak przekomarzamy.
- Myślałam, że powiesz proste jak... O Boże. - Blondynka wybuchła niepohamowanym śmiechem, zakrywając sobie usta dłonią.
- Proste jak co, Vanessa? - zapytałam, a po kilku chwilach również chłopaki zaczęli się śmiać, przez co i ja pojęłam już o co chodzi. - Jesteś nienormalna. - Rzuciłam w nią poduszką z leżaka, sama zaczynając się śmiać.

*//*//*

   - Nie, nie Harry - jęknęłam patrząc na jego czyny. - Nie dawaj mu tej kiełbasy, Harry. - Wyciągnęłam w jego kierunku ramiona. 
- A dlaczego miałbym tego nie zrobić? - zapytał, ukrywając ten swój głupkowaty uśmieszek. Już ja go znam.
- Bo ja jestem głodna. Uwierz mi, że bardziej od niego. - Wskazałam niewinnie palcem na Nialla.
- Moja siostra chce mnie zagłodzić. Swojego brata. Nie pozwala mi jeść. Pięknie. Nie wiem czy mam być zdziwiony, czy raczej nie. - Zaśmiał się Niall, wygodniej siadając.
- Mnie to bardziej dziwi, że ona je więcej od ciebie, Niall. I jest bardziej głodna od ciebie - wtrącił Louis, pocierając dłonią moje biodro.
- Sugerujesz mi, że robię się jakimś potworem? - spytałam go, odwracając się ku niemu.
- Ja nic nie sugeruję, kochanie. A jeśli tak bardzo jesteś głodna, możesz wziąć moje. Daj swojemu bratu coś w końcu zjeść, a nie zjadasz mu wszystko. W końcu się na ciebie rzuci z głodu - powiedział, przysuwając do mnie swój talerz. Od razu chwyciłam za widelec.
- Skoro już mi to zaproponowałeś to nie zmarnuję takiej okazji. A nie będziesz ty głodny?
- Nie, nie będę. Jedz, smacznego. - Pocałował mnie w czoło.
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się, od razu zabierając się za jedzenie.
- Widzisz, Summer? - odezwał się Liam. - Jednak dostałaś coś do jedzenia.
- Uważaj, bo ta wredota wyszarpie ci zaraz włosy albo wydłubie oczy - mruknął Harry z nad rusztu.
- Jeszcze raz nazwiesz mnie wredotą to tobie to zrobię - powiedziałam w kierunku loczka.
- Ta, jasne. Już się boję. - Zaśmiał się.
- Oj, nie denerwuj się, miśku. - Odezwała się Vanessa.
- Ta ksywka zaczyna się przyjmować - dodał ze śmiechem Jacob.
- Zaraz was pozabijam - warknęłam. - Kto w ogóle ją wymyślił?
- Summer, spokojnie. - Louis pogładził mnie po ramieniu.
- Jak sami będziecie kiedyś mieli zostać rodzicami to zobaczycie jak to jest. Tylko ja jestem tu w ciąży i wy jeszcze nie rozumiecie jak to jest. Ale zobaczycie.
- A kto powiedział, że nie wiemy? - spytał Liam, upijając szybko wody.
- Czy ty powiedziałeś... Liam? - Harry odwrócił się powoli do niego z wyraźnym szokiem wypisanym na twarzy.
- Dobra... wygadałem się. Nie miało tak być. - Liam przeczesał palcami włosy. - Sophia jest w ciąży.
- A-ale jak to? Przecież to niemożliwe, Sophia mieszka przecież w Kanadzie. 
- Ale gdy nie pracujemy, w tygodniu jest kilka wolnych dni, latam do niej - odpowiedział.
- Więc to prawda? - spytałam w osłupieniu.
- Tak. 4 tydzień.
- Gratulacje. - Szeroko się uśmiechnęłam w jego kierunku, a zaraz po mnie każdy zaczął sypać gratulacjami.
- Mogłeś nam powiedzieć wcześniej, stary. - Zaśmiał się Louis.
- Mogłem, ale Sophia nie chciała jeszcze o tym mówić. No, ale teraz wiecie wy, moja rodzina i jej.
- I ty ją zostawiasz tak samą w tej Kanadzie? - zapytał Niall.
- Nie jest sama. Jej rodzice i brat mieszkają teraz u niej.
- To masz szczęście, bo to by totalnie nie było w twoim stylu, Daddy.
- Nie zostawiłbym jej tam tak samej. Muszę mieć pewność, że z kimś jest. Inaczej chyba bym oszalał. Przed końcem roku chcemy kupić dom w Londynie i się tam wprowadzić.
- I wy nie jesteście małżeństwem - powiedziałam z lekkim śmiechem, nie wierząc w to wszystko.
- Hej, hej, wszystko małymi krokami. Nie spieszymy się jeszcze z tym. Poza tym, wy też nie jesteście jeszcze małżeństwem. - Wskazał na mnie i Louisa.
- Ale ja jej się oświadczyłem przed ciążą. Dokładnie rok przed. Dzieci tak naprawdę nie były planowane - wyjaśnił mój narzeczony.
- Nie były planowane? - spytał z zaskoczeniem Harry.
- No nie były. Najpierw miał byś ślub. Ale teraz bardzo cieszy nas, że niedługo już tu będą z nami. - Louis pocałował mnie ponownie w czoło i przytulił.
- Kochamy je najbardziej na świecie - dopowiedziałam.
- Ale obiecałaś mi, że będziesz chrzestnym, więc pamiętaj o tym - odezwał się Niall, grożąc mi palcem, a ja się zaśmiałam.
- Będziesz chrzestnym - przyznałam mu rację. - Emm, Louis?
- Tak?
- Czy twoja rodzina miała dziś przyjechać? Albo może Lottie?
- Nie... Nic o tym nie wiem. Raczej nie przyjechaliby bez zapowiedzi.
- To kto przyjechał? Słyszę, że brama się otworzyła.
- Nie sądzę, żeby to byli oni. Nikt więcej nie zna kodów. Może to jakiś błąd systemu. Pójdę to sprawdzić, zaraz...
- Vanessa!! - Doszedł nas krzyk ze środka domu.
- O nie. Matka - jęknęła blondynka. - Nic już raczej nie musisz sprawdzać Louis. Pójdę do niej. - Wstała z miejsca, kierując się do wejścia.
- Czy to ma znaczyć, że znów mam dziś jakiś wywiad? - Usłyszałam zawiedziony głos 16-latka.
- Nie wiem, Jacob. Naprawdę nie wiem - westchnęła i weszła do środka.
- O co tym razem może chodzić? - zapytałam resztę, upijając wodę ze szklanki.
- Można się spodziewać wszystkiego, tylko nie tego, że ta małpa powie Vanessie, żeby w końcu odpoczęła - syknął mój brat, ale to bardziej wyglądało, jakby gadał sam ze sobą, a nie do nas.
- Przykro mi, że to ona obrywa za to wszystko, kiedy tak naprawdę chodzi o mnie - odezwał się Jacob, a wszyscy skierowali wzrok na niego.
- To nie jest twoja wina - odpowiedział a nas wszystkich Harry. - Właściwie, to nie jest niczyja wina. Nicol jest taka odkąd ją poznaliśmy, wciągnęła was w swoją nową grę i za cholerę nie chce jej skończyć. Najważniejsza dla niej jest ona sama i to, żeby mogła pławić się w sukcesach, których dokonała, używając tego co zawsze, czyli grożąc wszystkim dookoła.
- Nie przejmuj się tym. To nie jest w ogóle twoja wina - dopowiedział Liam.
- Jak mam się nie przejmować, skoro zawsze krzyczy na Vanessę? Nawet teraz - odpowiedział Jacob. I rzeczywiście tak było. Z domu dochodziły krzyki i płacz blondynki. - Jest tak odkąd wróciliśmy z Ameryki i naprawdę jest mi przykro, że za wszystko na nią się wyżywa.
- Wiesz...
- Nie!! Koniec z tym!! Mam już dość ciebie, twoich gróźb, ciągłych tajemnic, wszystkiego!! - Usłyszeliśmy krzyk dziewczyny, a zaraz po tym wpadła za matką na taras.
- Co się dzieje? - zapytał Niall, wstając i podchodząc do Vanessy, jakby próbował i chciał ją ochronić. Louis też wstał, również wyczuwając niebezpieczeństwo. Z tą różnicą, że mój narzeczony stanął obok mnie.
- I co? Chcesz teraz im to wszystko powiedzieć? Coś co chciałaś ukrywać, tak?
- Nie mam wyboru.
- Nie masz? Możesz dalej to ciągnąć i...
- Przestań! - krzyknęła blondynka, a mi serce zaczęło szybciej bić. Co one dwie wygadują?
- A ja ci tyle pomogłam...
- Ty mi nic nie pomogłaś - powiedziała zrozpaczona dziewczyna.
- A kto za to wszystko zapłacił?
- Przestań. Muszę w końcu to powiedzieć. Ukrywam to już za długo. Muszę to zrobić, żebyś nie miała mnie już czym szantażować. Żebym mogła w spokoju przeżyć to co mi zostało. Obiecałam sobie, że nie powiem im w czasie wakacji, żeby mogli się nimi trochę nacieszyć. Jest połowa września, czekam zbyt długo, już od pół roku. Skrywam to za długo i to mnie wyniszcza. Okłamywałam ich zbyt długo, oni na to nie zasługują. Robiłam to, żeby się mną nie zamartwiali, ale teraz to już koniec. Zbyt długo cierpiałam samotnie i to przeżywałam, bo ty... ciebie tak w ogóle to nie obchodziło. Jaka z ciebie matka? Pytam się, jaka z ciebie matka?!
- Vanessa, do cholery! Powiedz nam co się dzieje! Co ty ukrywasz?! - krzyknął pod wpływem emocji Niall.
- Mam pieprzonego raka - powiedziała cicho. Wszystko wokół mnie zaczęło wirować. Moja siostra... To nie jest prawda... To nie jest prawda!
______________________________
Nie bijcie, nie bijcie. Proszę, nie bijcie za tą końcówkę i za taki obrót spraw. W ogóle to dziś miało nie być tego rozdziału, tylko za tydzień, ale spięłam dupę i dałam radę. Na razie rozdziały będą się pojawiać co 2 tygodnie, ponieważ, jak już wcześniej wspominałam, mam na głowie dużo nauki, aż za dużo, przygotowania do egzaminów gimnazjalnych i jeszcze bierzmowanie, więc zostaje mi mało czasu dla siebie. Mam nadzieję, że ci, którzy teraz przeżywają to samo, rozumieją mnie. Na dziś to wszystko. Widzimy się za dwa tygodnie, chyba że coś może się zmieni, to jest szansa, że za tydzień coś dodam.
Pozdrawiam,
/Perriele rebel

sobota, 23 września 2017

ROZDZIAŁ 19

WAŻNE INFO W NOTCE!



"Nigdy nie pozwól swoim uszom uwierzyć w to, czego nie widziały twoje oczy." - Omar Chajjam

~Summer~

   Siedząc ciągle w domu mam ogromnie dużo czasu. Powoli zaczyna brakować mi zajęć, a sama wynudzam się na śmierć. Nie jest łatwo znaleźć sobie coś do roboty, gdy trzeba cały czas leżeć, do tego przez kolejne 4 miesiące. Zaczęła się moja własna rutyna. Pociesza mnie fakt, że Louis zostawił mi gitarę i keyboard zanim wyszedł pracować do studia. Zazwyczaj przenosi pracę do domu i wtedy wpadają chłopaki. Ale muszą nagrać jakoś te piosenki, a do tego potrzebne jest przecież studio nagrań. Odkąd dowiedzieliśmy się, że ciąża jest zagrożona, rzadko wychodzi na długo z domu. Stara się być przy mnie cały czas jeśli jest to możliwe. Często, jeśli chłopaki przychodzą pisać z nim materiał na nową płytę, oni siedzą w salonie lub na dworze, a ja wtedy zazwyczaj śpię albo czytam książki, które kupił mi Louis. Ale jak na ten czas mi się skończyły, bo wszystkie już przeczytałam. Dziś siedzę sama, od 5 godzin. Izabella już dawno tu nie pracuje, a w domu nie ma już żadnego z ochroniarzy. Stwierdziliśmy z Louisem, że chcemy mieć trochę więcej prywatności. Żadne kolejne włamania nie miały tu miejsca, wszystko tu jest monitorowane, no prawie wszystko, a dom ma najnowocześniejsze zabezpieczenia, więc jest bezpiecznie, a przynajmniej powinno. Nie czuję się samotna, jeśli w domu jest Louis. Ale jeżeli wychodzi na dłużej, np. pracować tak jak dziś, najczęściej odpalam laptop i włączam sobie jakiś film bądź serial. Już od tygodnia śledzę losy kłamczuch ze "Słodkich Kłamstewek." Nie wiem jak to się tak szybko stało, ale kończę oglądać już 2 sezon, więc moje tępo nie jest aż tak wolne. To jest bardzo interesujące i niezwykle wciągające, ale dziś już sobie to odpuściłam, z tego względu, że laptop służy mi dziś tylko do pisania. Od rana czułam, że przyszła do mnie wena, na którą czekałam od dobrych 3 miesięcy i w końcu znów mogę coś napisać.
Po prawej stronie obok nóg leży mój laptop oraz notatnik, na którym co chwilę coś kreślę. Na kolanach spoczywa czarna gitara akustyczna, a po lewej, po części na łóżku, po części na fotelu znajduje się keyboard. Korzystam po kolei z tego wszystkiego. Wiem, że mam niemałe problemy ze słuchem, ale tak głośno nie gram na tych instrumentach. Wystarczająco, żebym mogła usłyszeć dobrze wszystkie dźwięki, więc jest to w 100% bezpieczne. Muszę powrócić do muzyki, nie mogę jej porzucić. Od tego zaczynałam, tak zarobiłam swoje pierwsze pieniądze jeszcze przed pełnoletnością. To moje życie, moje marzenia i wszystko o co walczyłam przez wiele lat. I dzięki właśnie tym zdolnościom, które nabyłam przez lata praktyki, mam już skomponowaną i napisaną prawie całą piosenkę. Zostało mi napisać dosłownie jeden wers ostatniej zwrotki i będę mogła zagrać i zaśpiewać już całość. W całym swoim życiu napisałam dziesiątki, a nawet setki piosenek. Każda z nich to dla mnie takie małe osiągnięcie, z którego jestem naprawdę dumna. Odkąd skończyłam 18 lat nie rozstaję się z kartką i długopisem. Zawsze gdzieś w głowie rodziły mi się kolejne pomysły, które miałam zamiar od razu wykorzystać. A Louis jest dla mnie bardzo dużą inspiracją. To o nim napisałam niemal 20 piosenek, które wciąż czekają na ich nagranie. Te najlepsze trafią na moją najbliższą płytę, którą planuję zacząć nagrywać jak tylko okaże się, że już mogę, a leczenie naprawdę podziała tak jak mówili lekarze. Mam takie popieprzone, a zarazem wspaniałe życie, że mam różnorodne piosenki. Wolne, szybkie, mieszane, smutne, wesołe, życiowe. Chyba pisałam już o wszystkim. A może nie? Najważniejsze jest to, że wiem o czym chcę pisać i co dokładnie.
   Usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi wejściowych, a potem kroki dochodzące z parteru. Czyli Louis wrócił. Myślałam, że będzie dłużej w studiu. Chyba coś za szybko mu się do mnie zatęskniło. Albo po prostu naprawdę boi się mnie zostawiać samą na tak długo. W sumie, niepotrzebnie.
- Wróciłem! - Dał o sobie znać, zbliżając się do sypialni. Za chwilę stanąl w drzwiach z wielką, papierową torbą, z logiem jednej z księgarni.
- Hej. - Uśmiechnęłam się znad notesu. - Znów mi kupiłeś książki, prawda?
- Oczywiście, że tak. Księgarnia jest tuż obok studia, więc wyskoczyłem - powiedział, stawiając torbę obok łóżka. - I tym razem przy wyborze pomagali mi chłopaki, więc dzięki Harry'emu masz tu chyba 4 romanse. - Zaśmiał się.
- Wow. Aż tyle? To ile ty mi książek kupiłeś? - spytałam z podniesioną brwią.
- Nie wiem. Na pewno jest 15, z czego 3 to te niby "hity". - Przy ostatnim słowie zrobił z palców cudzysłów i przewrócił oczami.
- Szczęście, że mamy na dole biblioteczkę, bo nie wiem, gdzie byśmy to pomieścili. - Przygryzłam ze śmiechem wargę - Zaraz to zobaczę tylko dopiszę ostatni wers. - Wskazałam na laptop, a on przysiadł obok.
- Co tam masz? - Przysunął sobie bliżej komputer. - Mówiłaś, że znikła ci wena.
- Bo tak było, ale rano, tak magicznie, znów do mnie powróciła. - Pstryknęłam palcami dla lepszego efektu. - Mówię ci, to magia.
- Tak, a ja jestem Święty Mikołaj. - Zaśmiał się. Oparłam głowę na jego ramieniu, gdy on czytał tekst i sama jeszcze raz go przeanalizowałam. W tym momencie nie będę skromna, bo uważam, że nawet nieźle mi to wyszło. Pisałam lepsze, gorsze teksty, ale ten chyba jest dość dobry. Jednak było warto poczekać te 3 miesiące niż pisać na siłę.
- I co myślisz? - spytałam, gdy zobaczyłam, że chyba już przeczytał.
- Co myślę? To co zwykle. Świetnie piszesz i teraz nie jest inaczej. - Pocałował mnie w czoło. - Naprawdę mi się podoba. Szczególnie, gdy piszesz o mnie. - Jego uśmiech znacznie się poszerzył, ukazując jego białe ząbki.
- Jeśli to ci się spodoba, mam jeszcze wiele, wiele pomysłów na piosenki o tobie. - Założyłam rękę na jego szyję i przybliżyłam jego twarz do mojej, łącząc nasze usta w niedługim pocałunku.
- Bardzo. Bardzo mi się podoba.
- To może wiesz co napisać na koniec?
- Hmm... "Gość, z którym każde marzenie się spełnia."
- Masz wysoką samoocenę, wiesz? - spytałam z lekkim uśmiechem.
- Wiem - szepnął i ponownie pocałował mnie w usta. - Mijałem dziś po drodze sklep z akcesoriami dla dzieci - powiedział po oderwaniu.
- Kupywałeś coś? - spytałam zaskoczona jego wyznaniem.
- Nie, ale widziałem wystawę w oknie. Pełno pluszowych misiów, malutkich ubranek, bucików, wózek i... i inne te duperele, i uświadomiłem sobie, że chyba trzeba zacząć już robić zakupy tego typu. Z każdym dniem jest coraz bliżej porodu i wydaje mi się, że trzeba trochę rzeczy już zaplanować.
- Myślałam, że razem będziemy robić takie zakupy. Czekałam na to od początku ciąży. - Niespodziewanie poderwałam się do góry i zaskoczyłam tym samą siebie. - Chciałam wybrać wszystkie ważne i odpowiednie rzeczy.
- Ale ja nic nie mówiłem, że sam wszystko kupię bez twojej obecności. Uspokój się. Wspomniałem tylko o tym, że należy zacząć przygotowania. Nim się obejrzymy dzieci będą już na tym świecie.
- Wiem o tym. - Włożyłam dłonie w włosy.
- Dlatego uważam, że najodpowiedniej będzie w najbliższym czasie zakupić już kilka najważniejszych rzeczy. Zrobimy to przez internet. Ty nie będziesz musiała wychodzić z domu, ale będziesz uczestniczyć z zakupach. Pasuje ci takie rozwiązanie? Zgadzasz się?
- Oczywiście, że się zgadzam.
- To jest jeszcze coś. I chyba będę musiał to już sam zrobić.
- O co chodzi? - zapytałam unosząc brwi.
- Zanim wyjechałem w trasę, zamówiliśmy meble do pokoju dzieciaków, pamiętasz?
- Pamiętam. Nadal są zapakowane i nie złożone. Mieliście to już dawno zrobić.
- No właśnie. Mieliśmy. A wyszło też tak, że ostatecznie jeszcze nie wyremontowaliśmy tego pokoiku. I chyba im szybciej to zrobimy, tym będzie lepiej. Chłopaki zaproponowali, żebyśmy za kilka dni zaczęli coś już robić, dlatego chcę dziś pojechać z Harrym, ewentualnie z Jacobem do sklepu budowlanego. Trzeba zakupić kilka ważnych rzeczy.
- Okay. Nie ma problemu. W ogóle miałam ci o tym przypomnieć, ale byłeś szybszy.
- Tak, byłem szybszy. - Zaśmiał się. - Cały czas o tym pamiętam, tylko jakoś nie było czasu, by to zrobić. Nie ma sensu odkładać tego w nieskończoność, bo i tak trzeba to zrobić.
- Jestem tylko ciekawa na jakie kolory ty chcesz pomalować ten pokój.
- Wiesz, że się nie znam na tym. - Zaśmiał się ponownie. - Myślałem o fiolecie i zielonym, ale to chyba nie jest najlepsze połączenie.
- Jest okropne. - Pokręciłam rozbawiona głową. - Rzeczywiście się na tym nie znasz. Absolutnie nie.
- Dlatego wolałem najpierw porozmawiać z tobą. Bo jeśli zaczniemy zmieniać kolory na ścianach, to nie tylko popsuje się zamierzony efekt, ale będzie też okropnie tu śmierdzieć. A właśnie, będziesz musiała zejść na dół albo wyjść do ogrodu na czas remontu.
- Domyślam się i zrobiłabym to, żeby nie dusić się w tym kurzu. Już przeżyłam jeden ogromny remont, z którego codziennie wychodziłam cała szara.
- Ładnie wyglądałaś wtedy. - Jego uśmiech się poszerzył, a oczy zabłyszczały. - To jak myślisz, jakie kolory pasowałyby do pokoiku?
- Może jasny fiolet i brzoskwinia? Zdecydowanie nie te, które ty zaproponowałeś. - Wybuchłam niepohamowanym śmiechem.

*//*//*

   Dobry film to podstawa, gdy ci się nudzi. Do mojej długiej listy ulubionych filmów, na której znajduje się między innymi "Zmierzch"i "Córka Prezydenta", mogę teraz dołączyć hit tego roku: "Ponad wszystko". Piękny film o wielkiej i prawdziwej miłości, ale też jednym bardzo ogromnym kłamstwie. W sumie moje życie tak troszeczkę upodabnia się do tego filmu, jeśli spojrzeć na to jak długo Niall mnie okłamywał. Ale i tak mu wybaczyłam, zrozumiałam dlaczego to robił. 
Wracając do rzeczywistości, znów zostałam sama w tym dużym domu. Z początkiem mojego "seansu kinowego", jeśli w ogóle można tak to nazwać oglądając na ekranie laptopa, Louis posprzątał trochę w domu, głównie na dole, a potem pojechał z chłopakami do sklepu budowlanego. Jeszcze nie wrócił. Może dlatego, że pojechał dopiero pół godziny temu, a ja mam coś nie tak z głową, myśląc że mógłby już tak szybko wrócić. Nie znam się na rzeczach związanych z remontami, ale wiem, że trzeba dość dużo kupić tych dupereli. Już z daleko widać, że na ten dom nie szczędzimy. Ogromnie dużo pieniędzy włożyliśmy w go, a i tak nie jest jeszcze w pełni wykończony, bo na górze zostały trzy puste sypialnie, wliczając w to pokoik dla dzieci. Już na samym początku uzgodniliśmy, że wyłożymy tyle pieniędzy ile tylko będzie trzeba. Życie jest tylko jedno, więc czasem trzeba "odrobinę" zaszaleć. Właśnie, życie jest tylko jedno, dlatego moja cudowna, kochana bratowa, przyszywana siostra, a przede wszystkim przyjaciółka, którą jest od samego początku, mogłaby mnie kiedyś odwiedzić. Mówię o Vanessie. Nie widziałam jej chyba od prawie dwóch tygodni, a przecież daleko nie mieszkamy, wszyscy w Londynie. Dobra, Londyn to bardzo ogromne miasto, ale i tak nie jest to daleko. Przecież mają samochody, więc nie ma żadnego problemu, by tu przyjechać. Po prostu zapomniała o mnie i w dodatku jest strasznym leniem. Teraz gorszym ode mnie. Stop. Ja wprawdzie nie jestem leniem, nie umiem  żyć nie robiąc czegoś, bo od razu świdrują mnie ręce. Po prostu nakazano mi leżeć i jest to rozwiązanie bez innego wyjścia. Nie, ja tyle czasu nie wytrzymam w łóżku. To jest dla mnie nie do wyobrażenia. Ale muszę jakoś przetrwać. Dla dobra swojego, dla dobra dzieci, dla dobra wszystkich wokoło. Czemu życie jest takie trudne? Bardzo chciałabym dostać odpowiedź na to pytanie. 
- No nareszcie! - wykrzyknęłam, gdy usłyszałam, że blondynka odebrała telefon.
- Tak, nareszcie. Uszczęśliwia cię to, Summer?
- Nie wiesz jak bardzo. - Rozłożyłam się jeszcze bardziej na całe łóżko jak dziecko po całym dniu zabawa. I nawet teraz trochę się czuję jak dziecko.
- Coś ważnego się stało czy tak sobie dzwonisz? - spytała, a w tle jej głosu słychać było jakiś szum i dziwne dźwięki, chyba jakiś urządzeń.
- Noo, stało się. Nudzi mi się. Tak bardzo, bardzo.
- Summer, nie zachowuj się jak dziecko - powiedziała odczytując moje myśli.
- Oj, co cię ugryzło, blondi? Tak właściwie, to gdzie ty jesteś?
- Tak właściwie, to ja nie mam teraz czasu.
- Bo? Co to za hałas u ciebie?
- Jestem w szpitalu, okej? Chcę to załatwić jeszcze zanim polecimy z Niallem do Irlandii - odpowiedziała, a ja momentalnie usiadłam.
- Czyli lecicie jednak?
- Tak. Summer, wpadnę później do ciebie i pogadamy.
- Ale co ty załatwiasz w szpitalu? Jesteś chora? Coś się dzieje?
- Nie jestem chora - westchnęła. - Mam badania kontrolne.
- Znowu? To już kolejny raz odkąd wróciliśmy z trasy.
- Nie wszystkie wykonuję w tym samym dniu.
- Kłamiesz. Nie wierzę ci, bo zbyt wiele razy jeździsz do ośrodka. Co się z tobą dzieje? Niall w ogóle wie?
- Nie jestem chora do cholery! - krzyknęła, a ja musiałam odsunąć słuchawkę od ucha, by nie pogorszyć sobie słuchu. Coś mi nie gra w tej sprawie. Wiem to. - Wszystko ze mną 
okej. Jak przyjdę to sama zobaczysz. Skoro mi nie wierzysz. Nie wypytuj mnie już o nic więcej. Naprawdę nie mam czasu w tym momencie rozmawiać. Na razie. - Zerwała połączenie, a ja musiałam aż spojrzeć na wyświetlacz telefonu, aby uwierzyć. Ona naprawdę to zrobiła. Chyba ją zbyt mocno wkurzyłam. Ja się po prostu o nią najnormalniej w świecie martwię, a ona się czepia i nie chce mi powiedzieć co się dzieje. Ona ma taki charakter. Kompletnie odmienny od mojego. Sama wszystkim na około pomaga, wyświadcza przysługi, ale nigdy w życiu nie pozwoli, by to ktoś jej pomógł. Woli sama rozwiązywać swoje problemy, od zawsze tak było, ale ukrywanie prawdy to inna sprawa. Znam ją tyle lat, a mimo to nie chce mi powiedzieć, Zachowuje się dziwnie już od dłuższego czasu i wiem, że nie tylko ja zdążyłam to już zauważyć, bo Louis również mi o tym mówił, podobnie Niall, gdy z nim rozmawiałam. Nie wiem co się dzieje, ale ona ukrywa coś wielkiego, coś czego za wszelką cenę nie chce wyjawić. I wiem, że będzie, jest i było ciężko wydobyć z niej konkretne informacje i to zawsze są te najważniejsze.
   Spojrzałam w okno, przeczesując swoje włosy. O wiele bardziej je już lubię od kiedy Lottie tu ostatnio była i mi je podcięła. Nie plączą się tak bardzo i układają się same o wiele lepiej. Louisowi oczywiście się spodobały, gdy je zobaczył. Zawsze wszystko mu się we mnie podoba i to co robię. Zawsze tak mówi, a mnie często to denerwuje, bo nie mogę poznać jego prawdziwej opinii. Tyle razy prosiłam go, by mówił szczerze to co myśli, a on i tak tyle razy zarzeka się, że zawsze, gdy ze mną rozmawia mówi szczerze. Oczywiście ja mu nie wierzę, bo to niemożliwe, żeby wszystko za każdym razem mu się podobało. 
   Podniosłam się z łóżka i podeszłam do okna. Spojrzałam w dół na nasz ogród. Zdecydowanie trzeba zadzwonić po ogrodnika. Wszystko zaczyna zarastać, jest dużo chwastów. Ogród jest tak zaniedbywany odkąd ja przestałam się nim zajmować. Lubię to, nawet bardzo, ale ze względu na to, że jestem w ciąży sytuacja wygląda jak wygląda. Oczywiście Louis regularnie wszystko podlewa, ale jak sam mówił, nie ma ręki do roślin i w ogóle nie umie tego robić.
Nie było mi dane oglądać dalej ogrodu, bo ktoś zaczął się do mnie dobijać, a ja po raz kolejny musiałam sięgnąć po telefon. Wróciłam na łóżko i zerknęłam na wyświetlacz. Mój narzeczony jest na zakupach i widać, że sam nic nie kupi, skoro dzwoni do mnie. Mimo, że wziął do pomocy chłopaków i mimo, że ja kompletnie nie znam się na artykułach budowlanych. Więc ja nie wiem dlaczego dzwoni z tym do mnie.
- Tak, kochanie? - spytałam ze sztucznym uśmiechem, o którym tylko ja wiedziałam, ale dawało mi to niesamowitą satysfakcję.
- Skarbie, to jaki miał być kolor tych farb? - spytał, a ja wybuchłam śmiechem. Wiedziałam, że zapomni i wiem też, że w tym momencie on sam z siebie się wewnętrznie śmieje.

*//*//*

~Louis~

   - Pamiętajcie chłopaki, jasny fiolet i brzoskwinia - mówiłem w kierunku Harry'ego i Jacoba, prowadząc ich wgłąb alejki z farbami. Oni najwyraźniej zmęczeni taskaniem tych wszystkich rzeczy, podążali za mną ze zmrużonymi oczami. Co im takiego nie pasuje? Chcieli jechać, więc teraz niech nie marudzą. Przecież nie tylko oni to niosą, bo przecież ja też. I nie wiem czemu jeszcze nie poszli po wózek.
- Dobra, chłopaki, tu mamy chyba ten... kurde, to lawenda - powiedziałem oglądając wiaderko z farbą. Trudno jest wybrać kolory farb do pokoju dziecięcego, skoro nie znamy płci. Uzgodniliśmy z Summer, że chcemy poczekać po porodu i mieć niespodziankę. Nawet jeżeli to utrudnia kilka rzeczy, np. zakupienie ubranek dla maluchów. Dlatego staramy się wybierać uniwersalne rzeczy. Tak było z meblami, a teraz jest z farbą
- Od razu widać, że to lawenda. Daltonista - prychnął Harry.
- No przepraszam. To ty jesteś jedyną osobą jaką znam, która już szósty rok z rzędu dostała nagrodę dla najlepiej ubranego mężczyzny, a nie ja. - Zakpiłem z niego.
- Trzeba było się bardziej postarać, modelu - odpowiedział, wyraźnie akcentując ostatnie słowo.
- Ja na sesjach i na zdjęciach wyglądam jak model, wiele osób tak twierdzi, nie mówię, że nie, ale człowieku, ja nie noszę pieprzonych pantofli dzień w dzień. Jeszcze lakierowane - parsknąłem ze śmiechem, oglądając się za farbami.
- Pieprzone pantofle? Wiesz jakie te buty są wygodne? Nie wspominając już jaki to krzyk mody.
- Krzyk mody? Twoja twarz to ostatnio krzyk mody. Stop. Twoja twarz zawsze była krzykiem mody.
- Chłopaki słyszeliście to? - odezwał się Jacob, przerywając naszą wymianę zdań, jeśli tak to w ogóle można nazwać.
- Słyszeliśmy co? - spytał Harry mrużąc oczy.
- Coś jakby pstryk aparatu, fleszu. Na serio nie słyszeliście?
- Przyzwyczailiśmy się już do tego. - Wzruszyłem ramionami, idąc dalej. - Gdziekolwiek wyjdziemy, wszędzie roi się od paparazzo, więc teraz już nie bardzo zwracamy uwagę na takie szczegóły. Zobaczysz, z tobą z czasem też tak będzie. To trochę tak jak ze starzeniem się - mruknąłem, przykucając przy kolejnej farbie.
- Świetne porównanie - odpowiedział znużonym głosem Jacob.
- Lepszego nie miałem. I w końcu znalazłem jasny fiolet, więc daltonistą nie jestem - odpowiedziałem, czując jak w tylnej kieszeni wibruje mi telefon. Trochę jakby coś wierciło mi w dupę. Kolejne świetne porównanie Tomlinson. Powinienem chyba zostać od tego specjalistą.
- Gratulacje, stary - podsumował mnie Harry, gdy z powrotem się wyprostowałem.
Wyjąłem z kieszeni telefon, oczekując tego co zwykle. Powiedzieć, że tego oczekuję to raczej głupie.

"Daltonista, głuchoniemy czy niewidomy? No, ale stary! Żeby nie widzieć jak ktoś robi ci zdjęcie? Chyba już na serio macie namieszane w tych głowach. Jak tam na zakupach? Pokój gotowy? Niedługo chyba będzie wam potrzebny. Twoja narzeczona ma bardzo duży brzuch, zauważyłeś? Który to miesiąc? A właśnie... ciekawe czy ta twoja trójka w ogóle przeżyje. Życzę powodzenia, żeby nie było, że nie. Podobno cuda się zdarzają. Niektórzy w nie wierzą, ja zdecydowanie nie."


  Podniosłem wzrok z nad telefonu i rozejrzałem się po sklepie.Jakim cudem nikogo nie zauważyłem? Gość nieźle się kryje, żeby go nie zobaczyć. Tylko dlaczego nie mogłem być szybszy i się odwrócić, gdy robiono mi zdjęcie? Gdybym chociaż usłyszał to co słyszał Jacob.
- Tommo, co ciekawego jest w tym telefonie? - Szturchnął mnie Harry.
- Nic ważnego. Coś mówiliście? - zapytałem, chowając smartfona z powrotem do kieszeni jeansów.
- Znaleźliśmy brzoskwiniową farbę.
- No to świetnie. - Oszukałem uśmiech.
- I wywaliliśmy pół wiaderek ze stoiska - dodał Jacob, a ja walnąłem dłonią w czoło. Straciłem ich z oczu może na 2 minuty. Ludzie, to nie dzieci, żeby narobić tyle bałaganu w sekundę.
- Boże, bierzemy te farby i spadamy. - Przetarłem dłońmi twarz. - Ale najpierw niech któryś pójdzie po wózek, bo nie doniesiemy tego wszystkiego na rękach do kas. Nawet do tej najbliższej kasy.
- Dobra, ja pójdę - odezwał się Jacob. - Bo ten w tych pantoflach zanim by przyszedł to już dawno byśmy to jakoś zaciągnęli.
- Czemu się czepiliście moich butów? Zazdrościcie?
- Ta, bardzo - prychnąłem. - Może codziennie będę ubierał się jak na wesele.
- Na własne będziesz musiał - odpowiedział, a ja przewróciłem oczami.
- Wiem, że będę musiał. Nie mam z tym problemu. - Wzruszyłem ramionami i w tej samej chwili zaczął dzwonić mój telefon. Summer. Przecież kilka minut temu do niej dzwoniłem. Co jest? - Kochanie, co...
- Louis, nic ci nie jest? - przerwała mi.
- A co miałoby mi się stać? - spytałem marszcząc brwi. Coś jest nie tak.
- Ktoś wysłał mi twoje zdjęcie ze sklepu.
- Co? Moje zdjęcie? - Zacisnąłem dłoń w pięść. Zaraz rozwalę ten telefon.
- Tak. Nic ci się nie stało? Boję się.
- Nic mi nie jest. Zaraz będę w domu. - Jestem zły. Gość śledzi nas na każdym kroku.
__________________________
Szybkie info. W związku z tym, że w tym roku kończę gimnazjum, mam ogrom nauki. Jeśli się nie uczę, czytam lektury bądź chodzę do kościoła na spotkania do bierzmowania. W tym momencie nie mam napisanego żadnego nowego rozdziału, bo zwyczajnie nie mam na to czasu i bardzo mnie to denerwuje, ponieważ wiem co chcę napisać, ale nie znajduję na to czasu. Chciałabym skończyć to fanfiction jeszcze przed końcem tego roku, przed sylwestrem, ale nie wiem czy to się uda. Dlatego też w następną sobotę na pewno nie pojawi się dwudziestka. Kolejny rozdział może ukazać się dopiero za dwa, może trzy tygodnie i nawet tego nie jestem dokładnie pewna. Ale obiecuję, że się pojawi, bo wyznaczyłam sobie za cel, by to skończyć.
Miało być szybko i krótko, a wyszło jak zwykle. Także to tyle i mam nadzieję, że mnie rozumiecie.
/Perriele rebel